REPERTUAR DKF „POWIĘKSZENIE” GRUDZIEŃ 2025 R.
|
Lp. |
TYTUŁ |
DATA |
GODZ. |
CZAS |
|
1 |
„CUDOWNE ŻYCIE” |
01.12.2025 |
19.00 |
102 MIN |
|
2 |
„MOI SYNOWIE” |
08.12.2025 |
19.00 |
110 MIN |
|
3 |
„JEDNA BITWA ZA DRUGĄ” |
15.12.2025 |
19.00 |
170 MIN |
|
4 |
„LISTY SYCYLIJSKIE” |
22.12.2025 |
19.00 |
122 MIN |
|
5 |
„OSTATNI WIKING” |
29.12.2025 |
19.00 |
116 MIN |
„CUDOWNE ŻYCIE”
|
REALIZACJA |
OBSADA |
Reżyseria- Ken ScottScenariusz - Ken ScottZdjęcia - Guillaume SchiffmanMuzyka - Nicolas ErrèraMontaż - Yvann Thibaudeau, Dorian Rigal-AnsousDźwięk - Sylvain Bellemare |
Leïla Bekhti - Esther PerezJonathan Cohen - Roland PerezJoséphine Japy - Litzie GozlanLionel Dray - Maklouf PerezJeanne Balibar - Pani FleurySylvie Vartan - Sylvie Vartan |
O FILMIE
Roland jest wyjątkowym chłopcem. Choć lekarze orzekli, że nigdy nie będzie chodził, jego uparta matka – Esther – nie przyjmuje tego do wiadomości. Dzięki niezachwianej nadziei i wyparciu złych myśli, podejmuje walkę przeciwko (wydawałoby się) nieubłaganemu losowi.
-
Matka jest w stanie zrobić dla swojego dziecka naprawdę wszystko. A przynajmniej taka jest Esther, która poświęca całe życie dla swojego syna Rolanda. Jak to jednak w takich sytuacjach bywa, bardzo łatwo jest przekroczyć cienką granicę, a przysłowiowe przecięcie pępowiny okazuje się niesamowitym wyzwaniem.
Najnowszy film w reżyserii Kena Scotta to prawdziwy hołd dla wszystkich matek. Ma on jednak dość słodko-gorzki posmak. Cudowne życie to historia Rolanda (Jonathan Cohen), chłopca, który urodził się z końską stopą. Jego mama Esther (Leïla Bekhti) nie przyjmuje kalectwa dziecka do wiadomości. Na przestrzeni lat robi wszystko, aby go wyleczyć, odwiedzając niezliczoną masę lekarzy, cudotwórców czy konowałów. Kobieta nie poddaje się i walczy o swojego najmłodszego syna. Mimo wielu przeszkód i przeciwności losu, udaje jej się osiągnąć cel. Roland zaczyna chodzić i wkraczać w normalne życie. Niestety okazuje się, że przecięcie pępowiny jest dla Esther niemożliwe. Przyznam szczerze, że początkowo spodziewałam się, że cała fabuła filmu skupi się na dziecięcych latach głównego bohatera i próbach jego wyleczenia. Na szczęście Cudowne życie to nie tylko to. Przede wszystkim opowiada o relacji matki z synem, której daleko do ideału, ale jednocześnie dużo w niej ciepła i miłości. Skłamałabym jednak, gdybym powiedziała, że zgadzam się z postawą Esther. Momentami jej nadopiekuńczość doprowadzała mnie do szału i dziwiłam się Rolandowi, że najzwyczajniej w świecie nie potrafił odciąć się od jej toksycznej opieki. Z drugiej strony wiedziałam, że nie jest to takie proste, a motywem kobiety była najczystsza miłość do dziecka.
Cudowne życie można odbierać jako hołd dla wszystkich matek, które są w stanie naprawdę wiele poświęcić dla dobra swoich pociech. Ta gloryfikacja nie jest jednak bez skazy. Gorzki obraz nadopiekuńczości uderza w widzów co kilka minut, dając jednocześnie lekcje, że czasami nawet najlepsze zamiary i działania mogą okazać się zgubne. Roland przez wiele lat żył w cieniu matki, kochał ją i doceniał, ile dla niego zrobiła, ale w tym wszystkim przez bardzo długi czas nie mógł odnaleźć samego siebie. Esther, często w sposób toksyczny, wpychała się w każdy aspekt jego codzienności. W tym wszystkim nie brakuje też przemyśleń głównego bohatera, jak wielki wpływ miała matka na jego życie.
Trzeba oddać Kenowi Scottowi, że potrafi poprowadzić historię w sposób lekki i przyjemny. Cudowne życie ma w sobie elementy komedii, nie brakuje tutaj zabawnych scenek, które łagodzą tragizm sytuacji. Dzięki temu film ogląda się swobodnie, bez zbytniego ciężaru emocjonalnego. O ile w pierwszej części produkcji zapałałam ogromną sympatią do Esther i jej starań, aby dziecko nie zostało kaleką, o tyle w późniejszych sekwencjach doprowadzała mnie do szału. Zresztą nie tylko mnie. Nie bez powodu Roland trafia w pewnym momencie na terapię, gdzie próbuje poukładać sobie w głowie relacje w rodzinie. Mierzy się z nadgorliwą i nadopiekuńczą matką oraz ojcem, z którym właściwie nie miał żadnych wspomnień.
Pod względem aktorskim nie mam produkcji nic do zarzucenia. Duet Cohen-Bekhti jest na ekranie rewelacyjny. Na ekranie autentycznie wybrzmiewają trudne i zawiłe relacje matka-syn, bije od nich prawdziwa autentyczność. Jednak mimo wszystko największą gwiazdą Cudownego życia jest właśnie Leïla Bekhti. Aktorka fenomenalnie balansuje między komedią a dramatem. Rewelacyjna scena podczas wesela Rolanda całkowicie powaliła mnie na łopatki, ale nie będę wam tu nic więcej zdradzać – warto to zobaczyć samemu. Dodajmy do tego świetną charakteryzację, dzięki czemu na naszych oczach ożywa Paryż od lat siedemdziesiątych do dwutysięcznych.
Klimat podkręca francuska muzyka, a przede wszystkim Sylvie Vartan. Legendarna piosenkarka jest osią napędową Cudownego życia, a nawet osobiście pojawia się gościnnie w filmie! To właśnie muzyczna gwiazda jest dla Rolanda ostają i pociechą w trudnych czasach dzieciństwa naznaczonego końską stopą. Życie bywa jednak przewrotne i po latach poznaje się z kobietą, która staje się jego przyjaciółką. Wybór Sylvie Vartan nie jest przypadkowy. Produkcja oparta jest na prawdziwych wydarzeniach, które zostały opisane w książce Ma mère, Dieu et Sylvie Vartan (Moja matka, Bóg i Sylvie Vartan – tłum. własne) autorstwa Rolanda Pereza, czyli głównego bohatera filmu.
Przyznam, że mam pewien problem z Cudownym życiem. Rozumiem bohaterów i ich motywację, ale postawa Esther wydawała mi się mimo wszystko za bardzo toksyczna. Po seansie w głowie pojawiła mi się od razu jedna myśl: można człowieka zagłaskać na śmierć. I ta sentencja pasuje do filmu jak ulał.
Katarzyna Jarczyk - POPKULTUROWCY
„MOI SYNOWIE”
2024 MFF W WENECJI Najlepszy aktor Vincent Lindon
|
REALIZACJA |
OBSADA |
Reżyseria - Delphine Coulin, Muriel CoulinScenariusz - Delphine Coulin, Muriel CoulinZdjęcia - Frédéric NoirhommeMuzyka - Paweł MykietynMontaż - Beatrice Herminie, Pierre DeschampsKostiumy - Julia Dunoyer |
Vincent Lindon – PierreBenjamin Voisin – FusStefan Crepon – LouisEdouard Sulpice – JérémySophie Guillemin – CathyArnaud Rebotini - Bernard |
O FILMIE
Pierre, lat 50, samotnie wychowuje dwóch synów. Są ze sobą bardzo zżyci. Najmłodszy Louis wkrótce opuści dom, by wyjechać na uniwersytet do Paryża. Nieco starszy Fus staje się coraz bardziej skryty. Zafascynowany przemocą, zaczyna działać w skrajnie prawicowych grupach ekstremistycznych, co jest nie do przyjęcia dla jego ojca. Wiele ich łączy, ale i dzieli, miłość i nienawiść, dopóki nie dojdzie do tragedii.
Delphine i Muriel Coulin tym razem podjęły temat lęku przed radykalizacją polityczną młodych, która rozbija rodziny od wewnątrz. Nastroje polityczne we Francji, które – podobnie jak w Polsce – coraz silniej rezonują ekstremizmem, zainspirowały siostry Coulin do przedstawienia historii Pierre’a (nagrodzony za tę rolę na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji Vincent Lindon) i jego dwóch synów – starszego, od zamiłowania do piłki nożnej nazywanego Fusem (Benjamin Voisin), i młodszego Louisa (Stefan Crepon). Podczas gdy 20-letni Louis rozpoczyna studia na Sorbonie i jest powodem dumy rodzicielskiej, Fus porzuca treningi na rzecz faszystowskich bojówek. Pierre z przerażeniem obserwuje, jak dziecko, które do tej pory doskonale rozumiał, staje się dla niego kimś obcym.
Nastroje polityczne we Francji, które – podobnie jak w Polsce – coraz silniej rezonują ekstremizmem, zainspirowały siostry Coulin do przedstawienia historii Pierre’a (nagrodzony za tę rolę na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji Vincent Lindon) i jego dwóch synów – starszego, od zamiłowania do piłki nożnej nazywanego Fusem (Benjamin Voisin), i młodszego Louisa (Stefan Crepon). Podczas gdy 20-letni Louis rozpoczyna studia na Sorbonie i jest powodem dumy rodzicielskiej, Fus porzuca treningi na rzecz faszystowskich bojówek. Pierre z przerażeniem obserwuje, jak dziecko, które do tej pory doskonale rozumiał, staje się dla niego kimś obcym.
Moi synowie to teatr trzech aktorów. Seans wypełniają emocje, których nie brakuje w typowych relacjach rodzinnych. Ojciec, wychowujący synów samotnie po śmierci matki, z jednej strony jest dumny z tego, jak sobie radzą i z radością wypuszcza ich w świat, z drugiej nie potrafi zluzować kontroli, jaką nad nimi sprawuje. W naturalnym odruchu chronienia ich przed tym, co uważa za zagrożenie, wchodzi na wojenną ścieżkę. Fus, którego poglądy są nie do zaakceptowania przez ojca i niezrozumiałe dla brata, tym silniej się w nie angażuje, im większy czuje opór ze strony najbliższych. Louis tkwi w klasycznej pułapce między młotem a kowadłem – z jednej strony cieszy go akceptacja ojca i rozpiera duma z własnych osiągnięć, z drugiej miłość do brata nie pozwala mu całkowicie się od niego odciąć. Vincent Lindon jest w swojej kreacji tak naturalny, że momentami widz traci kontakt z rzeczywistością i patrząc w jego zatroskaną, zmęczoną twarz, czuje się częścią jego dramatu. Bezradny w swoim zagubieniu, Lindon wydaje się rozkładać ręce – zresztą, w pewnym momencie mówi wprost słowami scenariusza „Nie wyobrażałem sobie, że może się tak stać”. Jego syn, którego matka czule nazywała Fus, jego dziecko, które dzieckiem nigdy być nie przestanie, umknął całkowicie spod jego wpływu i – jak to się kiedyś mówiło – „wpadł w złe towarzystwo”. Kiedy? Jak? Pierre rozpaczliwie stara się odnaleźć ten moment, w którym zerwała się – wydawałoby się – niezniszczalna nić porozumienia. Równocześnie usiłuje zatrzymać to, co na jego oczach rujnuje rodzinę. Lindon prowadzi tę postać w sposób godny wszelkich wyróżnień. Towarzyszący mu młodzi aktorzy podążają za nim – no może nie jak za panią matką, ale jak za czułym ojcem. Stefan Crepon w roli spokojnego Louisa mógłby łatwo pozostać w cieniu doświadczonego Lindona i ekspresyjnego Voisina. Tymczasem subtelnie, lecz stanowczo zaznacza swoją obecność i nie pozwala się zepchnąć na margines. Choć to konflikt między Fusem a ojcem jest trzonem fabuły, Crepon w roli Louisa przypomina, że Moi synowie to nie opowieść o starciu ojca z synem, ale studium rodziny.
Benjamin Voisin w roli Fusa pozornie miał najłatwiejsze zadanie. Jako uosobienie radykalizacji młodzieży mógł swoją postać skonstruować na zasadzie stereotypu, nawet przerysowanego. Poszedł jednak inną drogą, znacznie ciekawszą. Jego Fus do ostatniej sceny to chłopak, w którego ostateczny upadek trudno uwierzyć. Twórczyniom filmu udało się tak poprowadzić trójkę bohaterów, że Moi synowie są dziełem przede wszystkim kładącym nacisk na lęk przed rozpadem więzi i brak możliwości – a niejednokrotnie i umiejętności – porozumienia wśród tych, którzy są sobie najbliżsi.
Naturalnie Moi synowie to także przestroga. Film nie daje się zamknąć w czterech ścianach rodzinnego dramatu i nie bawi się w subtelności. Bez pardonu pokazuje konsekwencje tego, co dziś dzieje się w wielu miejscach – nie tylko we Francji, ale i na naszym własnym podwórku. Siostry Coulin stawiają zdecydowany komentarz do rzeczywistości, w której radykalne ideologie coraz odważniej wchodzą do naszych domów i rozbijają najtrwalsze więzi. Ostrzegają wprost: polityczne spory nie kończą się w parlamencie, ale potrafią niszczyć wspólnoty i rodziny. W tym znaczeniu Moi synowie są bardziej reportażem niż metaforą – i właśnie to czyni ich tak niepokojącymi.
Agnieszka Stasiowska – FILM ORG.PL
„JEDNA BITWA ZA DRUGĄ”
|
REALIZACJA |
OBSADA |
|
Reżyseria - Paul Thomas Anderson Scenariusz - Paul Thomas Anderson Zdjęcia - Michael Bauman Muzyka - Jonny Greenwood materiały do scenariusza Thomas Pynchon "Vineland" Montaż - Andy Jurgensen Scenografia - Florencia Martin Kostiumy - Colleen Atwood Dźwięk - Christopher Scarabosio, José Antonio García |
Leonardo DiCaprio - Bob Ferguson Sean Penn - Pułkownik Steven J. Lockjaw Benicio del Toro - Sensei Sergio St. Carlos Regina Hall - Deandra Teyana Taylor - Perfidia Chase Infiniti - Willa Wood Harris - Laredo Alana Haim - Mae West
|
O FILMIE:
Po 16 latach od udanego ataku na więzienie, przeprowadzonego na zlecenie grupy rewolucjonistów, ich były lider Bob Ferguson (Leonardo DiCaprio) ukrywa się na pustyni, starając się uciec przed swoim śmiertelnym wrogiem - pułkownikiem Stevenem Lockjawem (Sean Penn). Gdy jego córka, Willa Ferguson (Chase Infiniti), zostaje porwana, na jaw wychodzą nieoczekiwane sojusze, a pomocą służy mu dawny mentor - Sensei Sergio (Benicio Del Toro). Rewolucjoniści ponownie jednoczą siły, by ocalić Willę. Na drodze staną im jednak nie tylko bezwzględni przeciwnicy, lecz także groteskowy świat.
Bob Ferguson (Leonardo DiCaprio) przedstawia się policjantom jako Batman, w wolnej chwili ogląda w telewizji "Bitwę o Algier" (1966), a przy tym wygląda z grubsza jak Jeff "Koleś" Lebowski. I gdzieś między tymi trzema punktami odniesienia sytuuje się "Jedna bitwa po drugiej" w reżyserii Paula Thomasa Andersona.
Postać Batmana podsuwa temat amerykańskich mitów legitymizujących ideę przemocy w słusznej sprawie. "Rewolucyjny" film Gilla Pontecorvo wprowadza kontekst kina politycznie zaangażowanego. Pokrewieństwo z "Big Lebowskim" (1998) sugeruje z kolei tonację buffo rodem z komedii absurdu. Bo w swoim najnowszym filmie Anderson podkłada Ameryce pod nos krzywe zwierciadło. Wszystko, co jest tu karykaturalnie przeinaczone i podkręcone, przeinaczono i podkręcono tylko po to, by wyraźniej zobaczyć przykrą rzeczywistość sprzed lustra. Efekt to chyba najbardziej poważna-niepoważna wypowiedź w karierze reżysera. Tragikomedia na miarę tragikomicznych czasów.
Ciekawe: "Jedna bitwa po drugiej" jest najbardziej aktualnym, najbliższym politycznej rzeczywistości filmem Andersona, chociaż jest też adaptacją wydanej 35 lat temu powieści, której akcja toczyła się nawet jeszcze wcześniej, bo w 1984 roku. W przeciwieństwie do "Wady ukrytej" (2014), również opartej na prozie Thomasa Pynchona, "Jedna bitwa…" to jednak bardzo luźna ekranizacja. Dość powiedzieć, że Anderson przenosi akcję Pynchonowskiego "Vineland" do współczesności, symbolicznie dopisując nowy rozdział do bibliografii amerykańskiego pisarza.
Pynchon w
toku swojej kariery rozpisał coś na kształt sardonicznej historii Stanów
Zjednoczonych. Przeprowadził nas od czasów "ojców założycieli" w "Masonie
i Dixonie", przez II wojnę światową w "Tęczy grawitacji", lata
pięćdziesiąte w "V", sześćdziesiąte w "49 idzie pod młotek",
siedemdziesiąte w "Wadzie ukrytej", aż po początek XXI wieku w "Bleeding
Edge". Anderson,
jakby chciał zagrać w dziejopisarską Jengę, wyciąga klocek ze środka tej
wieży – lata osiemdziesiąte z "Vineland" – i kładzie go szczycie, w
naszych latach 20. XXI wieku. W ten sposób podkreśla, że historia kołem
się toczy, i mówi: "hej, patrzcie, żyjemy obecnie w sequelu reaganowskiej
konserwy". Z tym, że, zgodnie ze słynną tezą Marksa o historii, tragedia
powtarza się tu jako farsa. Wieża z klocków chwieje się więc na całego, w
śmieszno-straszny sposób.
Być może dlatego "Jedna
bitwa po drugiej"
skonstruowana jest jak nakręcana zabawka. Zanim akcja ruszy na dobre,
pierwsze 40 minut zajmuje misterne napinanie sprężynki. Powoli, z
prawie-że-literackim oddechem narracyjnym, Anderson buduje
fabularny fundament, przedstawia bohaterów, rozdziela role i ustawia
pionki.
Tak poznajemy historię miłości
Pata (DiCaprio)
i Perfidii (Teyana
Taylor).
To para rewolucjonistów, którzy beztrosko uwalniali uchodźców, rabowali
banki i wysadzali rządowe budynki. Idylla dobiegła końca, kiedy urodziła
im się córka (Chase
Infiniti),
a na ich trop wpadł pułkownik Steven J. Lockjaw (Sean
Penn),
seksualnie zafiksowany na punkcie Perfidii wojskowy. Komórka
rewolucjonistów została rozbita, Perfidia zniknęła, ale Pat z córką
uciekli obławie, zostawiając buntowniczą przeszłość za sobą. Dziś żyją
względnie spokojnie pod zmienionym nazwiskiem, jako Bob i Willa
Fergusonowie. Po 16 latach Lockjaw wraca jednak, by dokończyć dzieła. I
właśnie od tego momentu Anderson puszcza w ruch maszynkę spektaklu.
Reszta filmu – bite dwie godziny oglądania – to nieustanny paranoiczny pęd
przed siebie. Bob, odsłaniający warstwy zakonspirowanej rzeczywistości,
dukający tajne hasła do słuchawek kolejnych telefonów, z nauczycielem
karate Sergiem (Benicio
del Toro)
w roli osobistego Morfeusza, przypomina tu parodię Neo (czyli… Thomasa
Andersona) w jakiejś przetrąconej wersji "Matriksa"
(1999). Anderson tymczasem
pręży reżyserskie muskuły w dyscyplinach, jakich dotychczas raczej nie
próbował. Niczym Nolan w
"Dunkierce"
(2017) niemal non stop utrzymuje napięcie, tu i tam posiłkując się
świdrującą uszy ścieżką dźwiękową (przy partyturze jak zwykle Jonny
Greenwood).
Co więcej, brawurowo łączy fizyczną komedię z poetyką kina akcji – w taki
sposób, że skojarzenia śmigają na lewo i prawo, od "Ten
szalony, szalony świat"
(1963) Stanleya
Kramera po
"Death
Proof"
(2007) Quentina
Tarantino.
Wychodzi mu wariacki rollercoaster z kulminacją w postaci karkołomnego
pościgu samochodowego pośrodku pustyni. Auta bohaterów pędzą tu po
uformowanej na kształt sinusoidy drodze, która przypomina właśnie –
wypisz, wymaluj – kolejkę górską w parku rozrywki. Aż poleje się krew?
Raczej aż zakręci się w głowie.
O zawrót głowy może przyprawić też
amerykański tygiel, jaki portretuje tu Anderson.
W centrum tego uniwersum reżyser buduje pokoleniową piramidę. Na czubku
siedzi Willa, owoc mieszanego związku, z zakazanym przez ojca smartfonem,
liberalnymi poglądami i niebinarnymi znajomymi. Młoda "Zetka" stoi na
barkach białych samców z generacji X – tak się składa, że granych przez
dwie gwiazdy tego pokolenia, DiCapria i Penna.
To oni opowiedzieli jej świat: Willa wychowała się w cieniu ich mitów,
kłamstw i przemilczeń. Dopiero poziom niżej umościli się jednak prawdziwi
władcy rzeczywistości: zasiedziali na swoich stołkach boomerzy, panowie
(bo to zawsze panowie) w wieku prezydenckim, którzy zachłannie dzielą i
rządzą. Ale nawet taki układ sił jest tylko częścią prawdy, to zaledwie
fasada, oficjalna twarz narodu.
U Andersona Ameryka
okazuje się bowiem pełna bocznych ścieżek, podziemnych tuneli i tajnych
placówek, które zaludniają kolejni spiskowcy, rewolucjoniści i
kontrrewolucjoniści. Złowrodzy patriarchowie w swoich bunkrach jedzą
bananowe naleśniki, salutują Świętemu Mikołajowi (!) i knują, jak tu
zachować rasową czystość. W ustronnych klasztorach zakonnice hodują
marihuanę, ćwiczą strzelanie z karabinów maszynowych i planują insurekcję.
Tymczasem imigranci zza meksykańskiej granicy żyją niby w tej samej, a
jakby w równoległej rzeczywistości: obecni, ale niewidzialni. O ich
położeniu wszystko mówi już sposób reagowania na tarapaty. Kiedy zaczyna
się dziać, białas Bob zaczyna biegać w tę i we w tę jak spanikowany animek.
Tymczasem jego latynoski kolega Sergio wraz ze swoimi pobratymcami znoszą
opresję ze stoickim spokojem. To spokój ludzi, którzy muszą żyć na co
dzień w świadomości opresji. Spokój uciskanych.
Wizja Andersona jest
zatem po pynchonowsku groteskowa, nawet jeśli wielu z tych amerykańskich
absurdów nie trzeba było wymyślać – wystarczyło je zauważyć za oknem. Na
szczęście reżyser nie popada w arogancki ton, jaki często idzie w parze z
satyrą. "Jedna
bitwa po drugiej"
to żadne protekcjonalne kazanie w typie "Nie
patrz w górę"
(2021) Adama
McKaya ani
(lepiej) teatrzyk postaw rodem z "Eddington"
(2025) Ariego
Astera.
Zamiast uogólniać w kierunku alegorii, Anderson celowo
komplikuje. Interesuje go bowiem, w jaki sposób (tragi)komedia ludzka
bierze się właśnie z tego, co ludzkie.
W obiektywie reżysera nawet tak antypatyczny typ jak Lockjaw nabiera zatem głębi. Penn, z militarnym kijem w tyłku, skwaszoną miną i głupawą fryzurą, na pierwszy rzut oka wygląda jak chodząca karykatura. W rzeczywistości aktor odgrywa jednak fascynująco freudowski dramat, daje koncert na zwaśnione id i superego. Pociąg do Perfidii, w której pułkownik widzi rasowego i politycznego wroga, rozsadza go przecież od środka. Mężczyzna nie potrafi upchnąć plątaniny popędów w ciasną ramkę swoich poglądów, desperacko miotając się między pozami uległości i dominacji. Na randkę przychodzi z kwiatami, ale na wszelki wypadek – gdyby dziewczyna nie chciała otworzyć drzwi – ma pod ręką policyjny taran. W języku siły i podboju, który mu wpojono, brakuje słów, by oddać niuanse targających nim emocji. Rezultat to dzika frustracja, tyleż śmieszna, co straszna, a nawet – koniec końców – smutna.
Żeby nie było, Anderson widzi też grzechy drugiej strony. Perfidia i jej towarzysze, choć kierowani szlachetnymi pobudkami, uprawiali przecież swoją rewolucję na autodestrukcyjnym haju. W rezultacie również oni padają ofiarą freudyzmów: seksualna podnieta, jaką wyzwalają kolejne akcje, okazuje się ich własnym popędem śmierci.
Zanim ktoś jednak oskarży Andersona o relatywizm albo symetryzm, uprzedzam: nie ma grama wątpliwości, po której stronie leży jego serce. A jeśli ktoś zarzuci, że jako biały uprzywilejowany facet zabiera się nie za swoje tematy, że historia czarnej kobiety ściganej przez amerykański rząd to nie jego historia do opowiedzenia… To nie będę się licytował na odcienie skóry jego, jego żony, ani i jego dzieci. Zwrócę tylko uwagę, że – niezależnie od powyższych – Andersonowi może leżeć na sercu stan kraju i świata, w których przyszło żyć jemu i jego bliskim. Tym bardziej, że "Jedna bitwa po drugiej" jest przecież opowieścią o relacjach rodziców z dziećmi, o przemianie pokoleniowej, o przekazywaniu swoich bitew swoim potomkom. Ale też o szanowaniu ich własnych bitew.
Zresztą całkiem możliwe, że "Jedna bitwa…" jest równie osobistym filmem dla DiCapria. Pamiętajmy, że ojciec aktora, George, to mała ikona kontrkultury, performer i undergroundowy komiksiarz. Hippis, który, nawiasem mówiąc, zagrał epizodzik w "Licorice Pizza" (2021) Andersona. Czy DiCaprio jako Bob w "Jednej bitwie…" nie roztacza wokół siebie podobnej wąsato-hippisowskiej aury? Na dodatek jest tu (zupełnie inaczej niż w życiu osobistym) ojcem, i to ojcem-przede-wszystkim. W pochodzie Andersonowych Złych Ojców, tych biologicznych i tych symbolicznych, pewnie też ojcem najlepszym. Córka stanowi przecież główną motywację Boba – nawet jeśli Willa nie daje się sprowadzić do roli panny w opałach. Grunt, że właśnie rodzicielska miłość do córki pomaga bohaterowi wznieść się ponad emploi zjaranego obiboka.
Sam DiCaprio równie pięknie przekracza tu swoje ograniczenia. Gra bowiem najluźniejszą, najbardziej pozbawioną ego rolę w karierze. Całkiem wolną od prymusowskiej nuty "dajcie Oscara", jaką nieraz można było u niego wyczuć. W obciachowym szlafroczku i niedorzecznych okularach, slapstickowo potykając się ze sceny do sceny, gwiazdor "Jednej bitwy po drugiej" nie tyle gwiazdorzy, co po prostu jest. Komiczny, żałosny, ludzki i jakoś w tym wszystkim heroiczny. Kto wie, czy to aby nie lepszy model do naśladowania niż Batman.
Jakub Popielecki – FILMWEB
„LISTY SYCYLIJSKIE”
2024 - MFF w Wenecji - Biennale Cinema
Nagroda im. Francesco Pasinettiego
Najlepszy film Antonio Piazza, Fabio Grassadonia
|
REALIZACJA |
OBSADA |
Reżyseria - Fabio Grassadonia,Antonio PiazzaScenariusz - Fabio Grassadonia,Antonio PiazzaZdjęcia - Luca BigazziMuzyka - ColapesceMontaż - Paola FreddiScenografia - Gaspare De PascaliKostiumy - Andrea CavallettoDźwięk - Stefano Campus, Mirko Perri, Giulio Previ |
Toni Servillo – CatelloElio Germano – MatteoDaniela Marra - Rita MancusoBarbora Bobuľová - Lucia RussoFausto Russo Alesi - Emilio SchiavonGiuseppe Tantillo - Pino TuminoAntonia Truppo – StefaniaTommaso Ragno - Papacena |
O FILMIE
Po odsiedzeniu kilku lat w więzieniu za przestępstwa związane z mafią, Catello, długoletni polityk, stracił wszystko. Kiedy włoska Służba Bezpieczeństwa "przekonuje" go, by pomógł schwytać Matteo, ostatniego wielkiego bossa mafii, który wciąż jest na wolności, a którego Catello zna od dzieciństwa, dostrzega szansę na powrót do gry. Przebiegły człowiek o stu twarzach, niezmordowany iluzjonista, który zamienia prawdę w kłamstwo, a kłamstwo w prawdę, Catello rozpoczyna korespondencję z uciekającym przestępcą. To ryzykowna gra, bo mając do czynienia z jednym z najbardziej poszukiwanych przestępców na świecie, zawsze będzie się podejmować ryzyko
Włoskie kino mafijne, od lat karmiące się mitami, przemocą i surowymi kodeksami, posiada swoje ustalone schematy. Reżyserski duet Fabio Grassadonia i Antonio Piazza w filmie „Listy sycylijskie” świadomie odwraca się od tej tradycji, proponując widzom opowieść o sycylijskiej mafii, która przypomina bardziej groteskowy teatr niż brutalny dramat. To nie jest typowy, napędzany akcją kryminał, lecz psychologiczna gra, w której czarny humor i absurd odgrywają kluczową rolę. Sycylia, początek XXI wieku. Po kilku latach spędzonych w więzieniu za współpracę z mafią lokalny polityk i nauczyciel Catello Palumbo (w tej roli znakomity Toni Servillo) wychodzi na wolność. Kiedy włoska policja zwraca się do niego o pomoc w schwytaniu jednego z najgroźniejszych bossów sycylijskiej mafii (zwanym Iddu), a zarazem jego chrześniaka, Palumbo wykorzystuje okazję, aby wrócić do gry…
W tym celu mężczyzna nawiązuje osobliwą, a jednocześnie zabawną korespondencję z ukrywającym się mafiozem, któremu wyraźnie brakuje kontaktu z drugim człowiekiem. Palumbo składa chrześniakowi pewną intratną propozycję. Kto dobrze wyjdzie na tej współpracy – Iddu, Palumbo czy policja?
I to właśnie w tej absurdalnej relacji, nawiązanej za pomocą listów, tkwi zasadnicza siła filmu. Twórcy sprawnie zwalniają tempo, koncentrując się na niuansach psychologicznych i mrocznej ironii. Widzowie, niczym Catello, muszą uzbroić się w cierpliwość, czekając na kolejny „listowny” ruch ze strony mafiosa. To, co początkowo może wydawać się nużące, szybko przekształca się w fascynujące studium osamotnienia, zdrady i ludzkiej potrzeby kontaktu, nawet jeśli jest on śmiertelnie niebezpieczny…
Wydaje się, że największym – choć bynajmniej nie jedynym – atutem „Listy sycylijskie” jest fenomenalna rola Tony’ego Servillo, jednego z najwybitniejszych włoskich aktorów współczesnego kina. Jego Catello to postać wielowymiarowa – bystry, przebiegły, ale także głęboko samotny człowiek, który w tej niebezpiecznej grze widzi szansę na odzyskanie kontroli nad własnym życiem. Servillo zagrał tę rolę z wyrafinowanym spokojem i minimalizmem, który pozwala wybrzmieć każdej emocji. Nie ma tu miejsca na melodramatyczne gesty czy krzyki. Wystarczy subtelny uśmiech, spojrzenie czy zmiana tonu głosu, by oddać złożoność postaci.
„Listy sycylijskie” to film doprawdy unikalny, który nie jest jednak typowym dramatem kryminalnym. Jest nasycony specyficznym, czarnym humorem, który wynika z absurdalności całej sytuacji. Boss mafii, który przez dekady ukrywa się przed wymiarem sprawiedliwości, zostaje sprowokowany do udziału w dziwacznej korespondencji. Jego reakcje, pełne ironii i arogancji, stają się źródłem komizmu. Reżyserzy bezlitośnie obnażają mityczną fasadę Cosa Nostry, pokazując, że nawet w świecie surowych kodeksów i bezwzględnej przemocy, zdarza się absurd i ludzka małość. „Listy sycylijskie” to film dla widza, który w kinie szuka czegoś więcej niż prostej rozrywki. To inteligentny, prowokujący do myślenia kryminał, w którym to, co niewypowiedziane, jest ważniejsze od tego, co na ekranie. Znakomita rola Servillo, czarny humor i nietypowe podejście do tematu mafii sprawiają, że seans zostaje w pamięci na długo. Niejednoznaczne, dowcipne, refleksyjne, a przede wszystkim trzymające w napięciu kino gatunkowe…
KULTURA KRYMINAŁU 21.09.2025 R.
„OSTATNI WIKING”
|
REALIZACJA |
OBSADA |
Reżyseria - Anders Thomas JensenScenariusz - Anders Thomas JensenZdjęcia - Sebastian BlenkovMuzyka - Jeppe KaasMontaż - Anders Albjerg Kristiansen, Nicolaj Monberg |
Mads Mikkelsen – ManfredNikolaj Lie Kaas – AnkerSofie Gråbøl – MargretheSøren Malling – WernerBodil Jørgensen – FrejaLars Brygmann – LotharKardo Razzazi - HamdanNicolas Bro - Flemming |
O FILMIE
Anker wychodzi z więzienia po odbyciu czternastoletniej kary za rabunek. Jedyną osobą, która wie, gdzie znajdują się ukradzione pieniądze jest jego brat – Manfred. U Manfreda rozwinęła się choroba umysłowa, przez co nie pamięta, gdzie schowany jest łup. Bracia wyruszają we wspólną podróż, żeby odnaleźć pieniądze i dowiedzieć się, kim tak naprawdę są.
Bo to jest tak: Anders
Thomas Jensen i chłopaki – Mads
Mikkelsen oraz Nikolaj
Lie Kaas, czyli stali współpracownicy
reżysera – zrobili w gruncie rzeczy film podobny do swoich poprzednich
tytułów, a i tak poruszyli zupełnie inną pulę tematyczną. Bo tak się
składa, że "Ostatni
wiking" – podobnie jak m.in. "Jeźdźcy
sprawiedliwości" – to zgrabnie
poprowadzony feel-good movie, który zarazem nie boi się mówić o sprawach
znacznie cięższego kalibru.
Anker (Lie
Kaas) wraca z odsiadki. Minęło właśnie
czternaście lat, odkąd został wsadzony za kratki po (nie)udanym rabunku.
Złapali go, ale policja nigdy nie odnalazła schowanych pieniędzy. Teraz
pora odzyskać swój majątek – wie o nim wyłącznie Manfred (Mikkelsen),
starszy brat Ankera, któremu ten powierzył swój sekret. Ponad dekadę
wcześniej Manfred zakopał ukradzione pieniądze i tylko on pamięta, gdzie
one się aktualnie znajdują.
Problem polega jednak na tym, że Manfreda już z nami nie ma. To znaczy
jest, ale został – przynajmniej na teraz – zastąpiony przez nową osobowość
starszego brata. Jak się dowiadujemy, Manfred próbuje w ten sposób uciec
od traum z dzieciństwa, które wciąż okazują się dawać o sobie znać nawet
po kilku dekadach. Nie chcę więcej zdradzać, ale nadmienię tylko, że
Manfred prosi, aby nazywać go "John". "John?" pyta się Anker. "John Lennon"
odpowiada Manfred. No i się zaczyna.
Poznany przez Ankera lekarz (Lars Brygmann) doradzi mu, że to muzyka może pomóc w odzyskaniu dawnego Manfreda. Eksperyment z założeniem nowej wersji… Beatlesów ma udowodnić Manfredowi, jak absurdalna jest jego nagła zmiana osobowości. W ten sposób Anker odzyska za jednym zamachem brata i fortunę. W czasie szukania zakopanej fortuny obaj bracia przypomną sobie, co to znaczy faktycznie "być rodziną". No a sam "piąty Beatles" będzie śpiewał Abbę. I tak dalej: takie rzeczy tylko u Skandynawów.
To nie jest film o tak misternej konstrukcji, jak popularne niegdyś "Jabłka Adama" z 2005 roku. Nie znajdziemy tu poetyckich metafor, a sam "Ostatni wiking" w żadnym wypadku nie przypomina czegoś w rodzaju przypowieści biblijnej przeniesionej na wielki ekran. Z drugiej strony najnowszy komediodramat Jensena to rzecz znacznie ambitniejsza niż jego "Jeźdźcy sprawiedliwości" (2020). Te wszystkie trzy filmy łączy jednak rzecz jasna nazwisko reżysera oraz część obsady (oprócz Mikkelsena i Kaasa są jeszcze Nicolas Bro czy Lars Brygmann). A także czarny humor, który nie bierze jeńców.
Przede wszystkim "Ostatni wiking" to śmiała i szalona jazda po bandzie. Polscy twórcy nie mają odwagi, aby zrealizować komedię w tego typu odjechanych klimatach. Jensen i spółka w umiejętny sposób naśmiewają się ze śmierci, ras, wyznań, narodowości, chorób i orientacji. Tutaj każdy żart okazuje się trafiony, przez co nie mamy poczucia, że reżyser (w tym wypadku również autor scenariusza) przesadza. Dodatkowa dawka abstrakcji i slapsticku (chwilami Mikkelsen ma sceny niczym Buster Keaton) powodują, że "Ostatniemu wikingowi" blisko do sardonicznego stylu Czechów. Ale prawda jest taka, że Duńczyk gra w swojej lidze – ani Polacy, ani Czesi nie operują aż tak grobowym humorem.
We wspomnianych "Jeźdźcach
sprawiedliwości" zamiast pójść na terapię,
panowie stawiają na zemstę. W "Jabłkach
Adama" decydują się na flirt z religią i
Bogiem. Natomiast w "Ostatnim
wikingu" dochodzi do czegoś znacznie
bardziej niespodziewanego: do grania muzyki w zespole, co ma okazać się
zbawienne w skutkach. W każdym z tych filmów mężczyźni uczą się rozmawiać,
nawet jeśli to rozmowy wzmocnione przez dawki przemocy, krzyków i licznych
incydentów. To urocze, że Jensen wciąż zestawia ze sobą tych samych
facetów, ale potrafi wykrzesywać z nich zupełnie inne pokłady emocji.
Jedno pozostaje bez zmian: brutalność nadal miesza się tu z czarnym
humorem. Niby było to wszystko we wcześniejszych filmach reżysera, ale co
tam, wciąż działa! Trochę jak w kolejnym odcinku "Black
Mirror", w którym znajdziemy znajome
motywy, ale oprawione w nieco inną ramkę.
"Ostatni
wiking", który miał premierę na
międzynarodowym festiwalu filmowym w Wenecji, w pełni sprawdza się na
poziomie czysto rozrywkowym, będąc przy tym kompletnie niepoprawną komedią
bez żadnych hamulców. Na myśl przychodzi od razu typowe powiedzenie
starszego amerykańskiego widza, który w przypływie nostalgii zazwyczaj
konstatuje: "They don’t make them like that anymore". Właśnie tak, takich
filmów jak ten już dziś nie robią – no chyba że w Danii, w której twórcy
nie do końca dbają o konwenanse i poprawność.
I trudno się z tym prostym podsumowaniem nie zgodzić: Jensen tworzy
być może swój najbardziej udany film, bo na każdym kroku sprzedaje
bohaterom plaskacze i wyśmiewa otaczającą ich rzeczywistość. Właśnie
takich terapeutycznych, skracających dystans do widza filmów nam dziś
trzeba – w szczególności w czasach, które zupełnie nie napawają
optymizmem. Dobrze, że przynajmniej na dwie godziny w kinie możemy pośmiać
się wraz z Madsem i
spółką. A przy okazji wyjść z seansu z przeświadczeniem, że nie był to
zmarnowany wieczór.
Jan Tracz– FILMWEB