REPERTUAR DKF „POWIĘKSZENIE” LUTY 2026 R.
|
Lp. |
TYTUŁ |
DATA |
GODZ. |
CZAS |
|
1 |
„ROCZNICA” |
02.02.2026 |
19.00 |
112 MIN |
|
2 |
„MINISTRANCI” |
09.02.2026 |
18.00 |
110 MIN |
|
3 |
„BEZ PRZEBACZENIA” |
16.02.2026 |
19.00 |
105 MIN |
|
4 |
„ZGIŃ, KOCHANIE” |
23.02.2026 |
19.00 |
118 MIN |
„ROCZNICA”
|
REALIZACJA |
OBSADA |
Reżyseria - Jan KomasaScenariusz - Lori Rosene-GambinoZdjęcia - Piotr Sobociński Jr.Muzyka -Danny Bensi,Saunder JurriaansMontaż - Michał CzarneckiScenografia - Lucy van LonkhuyzenKostiumy - Lorna Marie Mugan |
Diane Lane – EllenKyle Chandler - PaulMadeline Brewer - AnnaZoey Deutch - CynthiaPhoebe Dynevor - LizDylan O'Brien – JoshMckenna Grace - Birdie |
O FILMIE
Gdy pewnego pięknego popołudnia podczas przyjęcia z okazji 25-tej rocznicy ślubu, syn Ellen i Paula przedstawia im swoją nową dziewczynę, nikt nie podejrzewa, że to początek końca tej szczęśliwej rodziny. Owa nowa narzeczona to Liz, dawna studentka Ellen, wydalona przed laty z uczelni za radykalne poglądy. Pod uroczą powierzchownością skrywa wielkie ambicje, ale żadnych skrupułów. Z każdą kolejną rocznicą wpływ Liz na rodzinę staje się coraz większy i coraz bardziej destrukcyjny, a wylansowana przez nią nowa ideologia nazywana "Zmianą" zdobywa coraz szerszy rozgłos. Skrywane dotąd rodzinne konflikty nabierają nowej mocy, podczas gdy kraj staje nad krawędzią przepaści.
Nucę sobie po wyjściu z kina Don’t Dream It’s Over zespołu Crowded House, które było ulubioną piosenką pary obchodzącej tytułową Rocznicę. Wsłuchuję się i myślę, o czym właściwie jest ta piosenka. Padają w niej słowa, które nawet nie definiują, a wręcz dosłownie streszczają przekaz filmu Jana Komasy. Myślę sobie, a wspomniany fakt umacnia mnie w tym przekonaniu, że temu twórcy nigdy nie była obca pretensja i dosłowność. W Rocznicy momentami dalej nie jest. Mam jednak wrażenie, że na przestrzeni lat i kolosalnego (a tego słowa akurat użyć się nie boję) rozwoju, jaki poczynił i który zaprowadził go tam, gdzie jest, nauczył się dużo lepiej z niej korzystać.
Od Miasta 44 minęła ponad dekada. Wychowali się już kinomani, którzy mogą nie pamiętać premiery tego filmu. Leitmotiv, o którym słyszeli jednak na pewno, to scena pocałunku debiutującej na dużym ekranie Zofii Wichłacz i Józefa Pawłowskiego w ogniu niemieckich kul. Wyrażał on, z perspektywy czasu, przede wszystkim jedno. Że nadszedł twórca z własnym głosem, który bardzo mocno chciał wykrzyczeć na naszym wtedy nieco bardziej skostniałym poletku. Jego kino weszło na wyższy poziom dopiero w momencie, gdy ta mania została okiełznana, a filmy bardziej powściągliwe w manifestowaniu tego typu rozwiązań. Współpraca z młodym i zdolnym scenarzystą, Mateuszem Pacewiczem, choć zarówno Boże ciało, jak i Hejter nie uniknęły moralizatorskiego tonu, poskromiła zapędy reżysera. Te dwa dzieła, dostrzeżone również na zachodzie sprawiły, że przy następnych filmach Musiałowskiego, Bielenię czy wspomnianą Zofię Wichłacz (w żadnym stopniu nie umniejszając im talentu, który uważam za ogromny), zastępują aktorzy znani szeroko w świecie. Świetnie też, że karierę zaczyna robić twórca bardzo wyrazisty.
Rocznica jest zupełnie inna. Wchodząc na amerykański rynek na szczęście Komasa ograniczył swoje moralizatorsko-dydaktyczne zacięcie do minimum. Choć film poprowadzony jest bardzo poważnie i opowiada o rzeczach trudnych i ważnych, żadne umoralnianie by tu nie przeszło. Widownia zza oceanu mogłaby go odrzucić, uznając przyjeżdżającego zza wielkiej wody twórcę szaleńcem, który chce nam mówić, jak powinniśmy sobie radzić z naszą rzeczywistością. Polski reżyser uznał więc, że ze swoją kamerą w konwencji thrillera psychologicznego stanie trochę w progu wielkiego domu amerykańskiej rodziny. Że będzie starał się jak mógł, aby przyjrzeć się jak najdokładniej jej rozkładowi. A potem pozwoli nam zastanowić się nad nim samemu, bo potwierdzi wyraźnie, że nic nie wie. Z tą rodziną poznajemy się w tytułową rocznicę, srebrne gody dwójki bohaterów, Ellen i Paula. Tworzą oni co do zasady zgrany związek, mają czwórkę dzieci, a sami dogadują się świetnie. Syn pary (nawet nie pamiętam czy najstarszy, ale szczerze mówiąc, nie ma to żadnego znaczenia), na uroczystości z tej okazji chce pokazać rodzinie wybrankę swojego serca. Okazuje się ona starą znajomą matki, która w czasach uczelnianych była jej wykładowczynią. Obie panie miały ze sobą na pieńku, a istotę sporu stanowił młodzieńczy radykalizm tej młodszej. Coś, co dla zacietrzewionej w swoich przekonaniach Pani domu jest absolutnie nie do zaakceptowania.
Kolejne wydarzenia obserwujemy na przestrzeni kilku następnych lat, kiedy w domu rodzą się nowe problemy, takie jak zaginięcie jednej z córek, pojawienie się wnuczki czy chęć dokonania aborcji. Rozkład postępuje, a wszyscy bohaterowie dalej nie są w stanie na podstawowym choćby poziomie załagodzić sytuacji. Cały czas widzimy, jak kolejne interakcje między członkami dolewają oliwy do ognia. No i to, co najważniejsze. Bohaterowie są budowani sprytnie, nie jak żywi ludzie, ale bardziej jako wzorce coraz to bardziej radykalnych postaw. Diane Lane gra matkę, dla której wartości są ponad relacje, Phoebe Dynevor nową buntowniczą członkinię rodziny, anty czarny charakter, który nie idzie na kompromisy, a Kyle Chandler przytłoczonego i bezradnego wobec zastanej sytuacji męża. To właśnie z bohaterem granym przez niego najłatwiej się tu utożsamić. Potem jednak warto zastanowić się, czy aby na pewno najbliżej nam do jego postawy.
Komasa swój pierwszy (chociaż to zależy jak spojrzeć, bo festiwalową premierą wyprzedza Rocznicę Good Boy, czyli jego brytyjski film, do zobaczenia w kinach w przyszłym roku) międzynarodowy projekt zrobił wraz z operatorem, z którym nakręcili nominowane do Oscara Boże ciało i jest to kolejna nad wyraz udana współpraca. Piotr Sobociński Jr. operatorsko dobrze podkreśla aurę tajemniczości Rocznicy i wspomniane wcześniej, niezbyt przenikliwe stanie w progu. W dodatku atmosferę wspomaga świetny wybór palety kolorystycznej, jednocześnie zimny we wnętrzach posiadłości, w której spędzamy czas z bohaterami, jak i bardziej krzykliwy w strojach, które noszą. '
I wszystko byłoby bardzo pięknie, gdyby nie kilka zgrzytów, które zauważyłem podczas tego seansu i mam wrażenie, że rozwodniły to, co Komasa miał do przekazania. Film zawiera bowiem kilka dość czołobitnych ujęć i topornej symboliki. Przykładem niech będzie motyw z obrazem, workami na głowie czy ten znany z trailera, w którym dużymi literami z użyciem pasożyta chce nam wyjaśnić, o co mu chodzi. Naprawdę, czasem nie trzeba. W dodatku tym, co po czasie zaczęło mi przeszkadzać jest właściwie całe umiejscowienie tej historii w realiach rodziny silnie akademickiej. Uniknięcie tego typu wyżyn społecznych mogłoby wzmocnić uniwersalny przekaz. Wykładowczyni i jej radykalna studentka służą wyłącznie temu, aby TA postać w finale mogła zrobić TĘ rzecz. Tego typu vibe kieruje widza w stronę szukania kolejnego filmu, w którym europejski twórca przychodzi z krytyką elit. Zostawmy Ostlundowi co ostlundowe.
Moją główną obawą, znając zarówno tematykę hollywoodzkiego debiutu Komasy jak i jego wcześniejszą twórczość, było to że zachodnia publika odrzuci moralizatora ze wschodu, a on sam utrzyma swój film w tym tonie. Na szczęście reżyser Bożego ciała pokazał się za oceanem z innej strony. Rocznica to film stworzony przez obserwatora, który społeczne problemy USA śledzi z zewnątrz z zaciekawieniem, nie czuję się jednak w pozycji do ich oceniania. Przygląda się, po czym pole do interpretacji i przełożenia na własne doświadczenia pozostawia widzowi. Pozostaje nam zatem tylko życzyć Jankowi Komasie wszystkiego dobrego w dalszej karierze, bo w pierwszym podejściu w Stanach, mówiąć patetycznie, w żadnym wypadku nie przyniósł polskiej kinematografii wstydu. Czekam z niecierpliwością, aż w końcu uda mi się zobaczyć, jak wypadła ekspansja na rynek brytyjski.
ŁUKASZ KOŁAKOWSKI – MOVIES ROOM
„MINISTRANCI”
Złote Lwy - Najlepszy film
Aneta Hickinbotham, Jarosław Jakubiec, Leszek Bodzak,
Piotr Domalewski, Piotr Walter
Nagroda publiczności dla najdłużej oklaskiwanego filmu
Najlepszy scenariusz Piotr Domalewski
Najlepszy montaż Agnieszka Glińska
Nagroda Sieci Kin Studyjnych
Nagroda festiwali i przeglądów filmu polskiego za granicą
Złoty Kangur - nagroda australijskich dystrybutorów filmowych
Konkurs Filmów Polskich - Złota Żaba
Najlepszy operator Piotr Sobociński Jr.
|
REALIZACJA |
OBSADA |
Reżyseria - Piotr DomalewskiScenariusz - Piotr DomalewskiZdjęcia - Piotr Sobociński Jr.Muzyka - Wojciech UrbańskiMontaż - Agnieszka GlińskaScenografia - Jagna DobeszKostiumy - Aleksandra StaszkoDźwięk - Wojciech Mielimąka, Jerzy Murawski |
Mikołaj Juszczyk
-
Kurczak
Filip Juszczyk - Mały Kurczak Daria Kalinchuk - Dominika Kamila Urzędowska - Matka Filipa Tomasz Schuchardt - Rekolekcjonista Sławomir Orzechowski – Proboszcz Bruno Błach-Baar – Gucci Tobiasz Wajda – Filip |
O FILMIE
Grupa nastoletnich ministrantów, sfrustrowana obojętną postawą dorosłych i instytucji Kościoła wobec niesprawiedliwości społecznej, postanawia wdrożyć własny, nietypowy plan odnowy moralnej. Uzbrojeni w młodzieńczy bunt i własną interpretację Pisma Świętego zakładają podsłuch… w konfesjonale, aby lepiej poznać swoich sąsiadów. Zamaskowani niczym Zorro i z ambicjami na miarę Robin Hooda, stają się sędziami w swoim osiedlowym świecie, pomagając potrzebującym i wymierzając kary za grzechy. Jednak ich misja zamienia się w niebezpieczną grę, a chłopcy, stosując własny, idealistyczny kodeks honorowy, zaczynają balansować na cienkiej granicy między dobrem a złem. Prawdziwe życie blokowiska miesza się z misją wprost z komiksów o superbohaterach, ale zamiast peleryn, bohaterowie noszą komże.
Na pierwszy rzut oka wszystko doskonale znamy. Polska, małomiasteczkowa beznadzieja, szarobure zdjęcia, picie, bicie i lokalny kościół jako jedyny azyl. Mały, polski realizm. Wszystkie nasze strachy. Wszystkie nasze traumy. Widzimy to w co drugim rodzimym filmie. Ale "Ministranci" Piotra Domalewskiego to najlepszy dowód na to, że to wcale nie w tematyce, świecie przedstawionym ani formie jest problem z tego typu kinem. Bo okazuje się, że wystarczy odrobina pomysłowości, płynniejsze dialogi, trochę humoru, luzu i nagle wszystko gra. Polska zgrzebność przestaje uwierać.
"Boże
Ciało", "Kler",
"Johnny"
– polscy filmowcy borykają się z tematyką kościelną już od wielu lat.
Zresztą za każdym razem przyciągając ogromne zainteresowanie publiczności.
Ewidentnie jest to w naszym społeczeństwie "temat". A zatem trzeba z nim
ostrożnie, delikatnie – tak łatwo urazić "uczucia", jeszcze łatwiej osunąć
się w rejony kina religijnego. Ale Domalewski spróbował
zjechać w tym slalomie gigancie, z gracją omijając wszelkie przeszkody.
Ewidentnie podąża śladem Jana
Komasy i Wojciecha
Smarzowskiego. Podobnie jak oni
przeciwstawia ziemski, niedoskonały, wręcz pełen wypaczeń Kościół ze
wspólnotą wiary, wartościami tak bliskimi polskiemu społeczeństwu, ale
również zrozumiałymi uniwersalnie. Nie boi się społecznego realizmu,
oskarżeń o antyklerykalizm, ale również chrześcijańskiej wrażliwości.
Pojedynkując się z klerem, szuka istoty chrześcijaństwa.
Jest w tym pewnie sporo naiwności, ale być może właśnie dlatego Domalewski sięgnął
po bohaterów dziecięcych. To czwórka kumpli, tytułowi ministranci, którzy
podchodzą do swoich obowiązków bardzo serio, traktując je jako styl życia
i depozyt wartości. Ale w ich okolicy nie ma za wiele alternatyw – jedyne,
co pozostaje, to rapowanie. Któremu również się z chęcią oddają. Jest też
klasyczny polski krajobraz: matka jednego z chłopaków pije, rodzice
drugiego zarabiają miliony, nie mając przy tym dla syna czasu. Ktoś cierpi
z powodu przemocy domowej, u innego jest do przesady normalnie. Cała
Polska na jednym osiedlu.
Gdy
wydaje się, że już wszystko o tym świecie wiemy, film skręca w rejony
nietypowe. Bo komże okazują się nie ustępować trykotom i skrywają nie
gorszych superbohaterów. Bo to historia o buncie i niezgodzie, o potrzebie
czynienia dobra wbrew wszystkiemu – za wszelką cenę, radykalnie. Bo gdy
okazuje się, że zachłanny wysłannik kurii przechwytuje zbierane przez
chłopaków pieniądze dla najuboższych, dzieciaki postanawiają samodzielnie
zadbać o społeczną sprawiedliwość. Zabierają z kościelnego sejfu niemałą
sumkę i w kominiarkach – by nikt ich nie rozpoznał – "napadają" na
potrzebujących i wciskają im gotówkę.
W ten nietypowy, czerpiący z rozlicznych gatunkowych tropów sposób Domalewski pisze
własną społeczną naukę Kościoła, stawiając na to, co najbardziej
fundamentalne: troskę o innych, niezgodę na niesprawiedliwość, dbanie o
słabszych, ochronę pokrzywdzonych. Ale ten utopijny radykalizm czynienia
dobra nie jest pozbawiony krytycznej refleksji, zostaje bowiem zestawiony
z realiami dalekimi od utopii. Być może dzieje się to odrobinę nazbyt
mechanicznie. Można się przecież domyślić, że nie każdy będzie wdzięczny,
nie wszyscy skorzystają z tej szansy. Jeden odepchnie pomocną dłoń, inny
ją ugryzie. Rozdźwięk między szlachetnymi i czystymi jak łza młodocianymi
wybawicielami a niewdzięcznymi dorosłymi bywa zbyt wielki – prawdopodobnie
po to, by nikt nie miał wątpliwości, że wątpliwości wobec zachowania
chłopców jednak powinniśmy mieć. Tak dosadnie wyartykułowanej
refleksyjności brakuje natomiast w cytowaniu Biblii i kreowaniu
religijnych figur – co momentami sprawia, że projekt znajduje się na
granicy kościelnego kiczu. Nawet gdy pozostaje przy tym antyklerykalny.
Zbyt często posługuje się wielkimi literami: świat składa się ze
skrajności, tylko z biedy i bogactwa; gdy ktoś bije – to do
nieprzytomności; gdy prześladuje słabszych – to bez hamulców; gdy
naśladuje Jezusa –
to z podobną ofiarnością. Czasem brakuje zwykłego wyważenia – zbliżenia do
zwyczajności i codzienności. Ale te niedostatki wynagradza luz całej
historii. Dzieciaki rapują, rozmawiają ze sobą swobodnie i żartobliwie –
czuć "flow" w każdym wypowiedzianym zdaniu, energię w grze młodych
aktorów, ale również dezynwolturę w scenariuszu, skrzącym się humorem:
począwszy od groteskowych zawodów ministrantów, przez żartobliwą spowiedź,
po pocieszne bieganie po osiedlu w kominiarkach na twarzach. Ale z każdą
sceną atmosfera tężeje, poruszane są coraz poważniejsze tematy – od
zbliżającej się wojny, po aktualność moralnej normy znanej z Biblii.
Domalewski w "Ministrantach" zadaje dwa zasadnicze pytania: "do czego nam Kościół, jeśli nie dba o wspólnotę?" oraz "czy dobro może być zbyt radykalne?". Oba wydają się znajdować w samym centrum kultury chrześcijańskiej – być może nawet odpowiedzi na nie mogłyby przesądzić o naszej społecznej moralności. Być może właśnie dlatego twórcy unikają jednoznacznych odpowiedzi. Ale ewidentnie mają swoje zdanie.
MICHAŁ PIEPIÓRKA - FILMWEB
„BEZ PRZEBACZENIA”
Nagroda im. Douglasa Hickoxa dla debiutującego reżysera Chris Andrews
|
REALIZACJA |
OBSADA |
Reżyseria - Chris AndrewsScenariusz - Chris AndrewsZdjęcia - Nick CookeMuzyka - Hannah PeelMontaż - George CraggScenografia - Fletcher JarvisKostiumy - Hannah BuryDźwięk - Nick Baldock, Gert Janssen, Ben Baird |
Christopher Abbott – MichaelBarry Keoghan – JackColm Meaney – RayNora-Jane Noone – CarolinePaul Ready – GaryAaron Heffernan – LeeSusan Lynch - Peggy |
O FILMIE:
Dwaj farmerzy w irlandzkiej wiosce stają w obliczu konfliktu, który wystawia na próbę ich lojalność, przeszłość i przyszłość rodzin, gdzie każda decyzja może kosztować ich wszystko.
W sercu malowniczej, irlandzkiej wioski, dwaj farmerzy – Michael (Christopher Abbott) i jego sąsiad (Barry Keoghan) – zostają uwikłani w konflikt, którego stawką jest nie tylko ziemia, ale i przyszłość ich rodzin. Michael, zmuszony stawić czoła cieniom przeszłości i lojalności wobec ojca, musi podjąć decyzje, które mogą zniszczyć wszystko, w co wierzy. To historia o starciu tradycji z rzeczywistością, gdzie każda decyzja ma swoją cenę, a granica między przyjacielem, a wrogiem jest cienka jak nóż
W cieniu irlandzkich wzgórz, pośród beczenia owiec i stukotu deszczu o blaszany dach, dwóch sąsiadów wplątuje się w konflikt, który z niewinnej sprzeczki przeradza się w bezwzględną wojnę o godność, władzę i prawo do bólu. "Bez przebaczenia" - debiut Christophera Andrewsa z hipnotycznym duetem Christopher Abbott - Barry Keoghan, pokazuje, jak tłumiona latami trauma i męska duma potrafią zmienić sielską prowincję w pole bitwy, na którym przegrywają wszyscy.
Małomówny Michael przed laty spowodował tragiczny w skutkach wypadek samochodowy. Dziś opiekuje się schorowanym ojcem (Colm Meaney), po którym przejął gospodarstwo i stado owiec od pokoleń zapewniające byt jego rodzinie. Należące do nich pastwisko graniczy z łąką mieszkającego po sąsiedzku Gary'ego (Paul Ready), który wraz z żoną Caroline (Nora-Jane Noone) wychowuje dorastającego syna Jacka (Barry Keoghan).
Obie rodziny z trudem wiążą koniec z końcem, a przepełnioną rezerwą koegzystencję pewnego dnia zakłóca przysłowiowy konflikt "o miedzę". Tłumione od lat napięcia i pretensje wybuchają, uruchamiając tragiczną w skutkach spiralę zawziętości i przemocy, której ofiarami stają się ludzie i hodowane przez nich zwierzęta...
Wyróżniony British Independent Film Award debiut reżyserski Christophera Andrewsa to gęsty od emocji niczym mgła na irlandzkich pastwiskach, nieszczędzący widzom krwawych obrazów, młodszy kuzyn oscarowych "Duchów Inisherin" Martina McDonagha. Oba filmy łączy nie tylko osadzenie akcji w realiach irlandzkiej prowincji oraz tematyka toksycznej męskości, ale również aktorski udział Barry'ego Keoghana wyrastającego na największą od lat gwiazdę kina z Zielonej Wyspy.
W "Bez przebaczenia" udanie partneruje mu, wcielający się w Michaela, amerykański aktor Christopher Abbott, który na potrzeby roli nauczył się mówić po irlandzku. Utrzymany w konwencji thrillera ich ekranowy konflikt stanowi siłę filmu, krok po kroku odsłaniając, jak destrukcyjne potrafią być napędzające ich duma i trauma.
Choć przyjęty przez dystrybutora polski tytuł filmu "Bez przebaczenia" z pewnością oddaje zaciętość głównych bohaterów, brak mu dwuznaczności oryginału, którego "Bring Them Down" odnosi się zarówno do faktu spędzenia owiec z gór, jak i do "sprowadzenia kogoś do parteru" w najmocniejszym ze znaczeń tego zwrotu. W warstwie narracyjnej, będący również współautorem scenariusza, Andrews rozbija opowieść na dwa akty pokazujące tę samą historię z różnych punktów widzenia, podobnie jak uczynił to Zach Cregger w "Zniknięciach", okrzykniętych przez wielu najlepszym horrorem 2025 roku.
Podbijana co rusz ostrą, perkusyjną ścieżką dźwiękową Hannah Peel, subiektywna narracja dwójki głównych bohaterów pozwala lepiej przyjrzeć się różnym aspektom ekranowego konfliktu, acz momentami wydaje się zbyt przewidywalna i repetytywna, przez co są chwile, gdy gubi pieczołowicie wcześniej nabudowane napięcie. Siłą filmu nie jest jednak gatunkowa sprawność, lecz to, że pod sensacyjną warstwą skrywa opowieść o codziennych ludzkich dramatach. Podobnie jak opowiadający o potransformacyjnej polskiej wsi przejmujący, nagradzany debiut Grzegorza Dębowskiego "Tyle co nic", "Bez przebaczenia" to przykład filmu, który z prowincji czyni nie dekorację, lecz prawdziwe pole minowe ludzkich emocji.
RAFAŁ PAWŁOWSKI – INTERIAFILM
„ZGIŃ, KOCHANIE”
Najlepsze zdjęcia - Seamus McGarvey
|
REALIZACJA |
OBSADA |
Reżyseria - Lynne RamsayScenariusz - Lynne Ramsay, Enda Walsh, Alice BirchZdjęcia - Seamus McGarveyMuzyka - Raife Burchell, Lynne Ramsay, George VjesticaMontaż - Toni FroschhammerScenografia - Tim GrimesKostiumy - Catherine GeorgeDźwięk - Paul Davies, Andrew Stirk, Steve Single |
Jennifer Lawrence – GraceRobert Pattinson – JacksonSissy Spacek – PamNick Nolte – HarryLaKeith Stanfield – KarlGabrielle Rose – JenClare Coulter - Courtney |
O FILMIE
Grace (Jennifer Lawrence) i Jackson (Robert Pattinson) wprowadzają się do położonego na odludziu domu, by wkrótce powitać na świecie swoje pierwsze dziecko. Nowe życie okazuje się dużo trudniejsze niż oczekiwali. Spędzająca długie dni jedynie z dzieckiem, Grace zaczyna przejawiać coraz dziwniejsze zachowania. Niekontrolowane fale pożądania, irracjonalnego lęku czy nawet agresji, wprowadzają w życie rodzinne coraz większy chaos. W miarę, jak rzeczywistość Grace ustępuje miejsca dzikim fantazjom, staje się jasne, że dzieje się z nią coś bardzo niepokojącego.
"Miłość, szaleństwo, szaleństwo, miłość" – ta słowna enigma to wszystko, co można przeczytać o najnowszym dziele Lynne Ramsay na oficjalnej stronie canneńskiej selekcji. Po sześciu latach od zdobycia laurów za scenariusz do "Nigdy cię tu nie było" reżyserka wraca w glorii na Lazurowe Wybrzeże z najbardziej żywiołowym i bezkompromisowym narracyjnie dziełem w swojej karierze. Tym razem łączy siły w energetyzujące trio ze współscenarzystkami Endą Walsh i Alice Birch. W ekspresywnej adaptacji psychologicznej powieści argentyńskiej pisarki Ariany Harwicz Ramsay widowiskowo boksuje się ze stereotypami na temat depresji poporodowej, żeńskiej "emocjonalności" oraz postępującego kryzysu, zarówno twórczego i psychicznego, jak i związkowego. "Die, My Love" to wymykający się konwencjonalnemu myśleniu o macierzyństwie film, który pokazuje, co może się wydarzyć, gdy powiesz wyczerpanej i dysocjującej się kobiecie w połogu: "uspokój się".
Pochłaniające ekran jęzory ognia, samotny dom pośrodku sielskiego krajobrazu, a w nim dwoje żarliwych niegdyś kochanków, którzy już wkrótce staną się rodzicami – balansujące na granicy snu i szaleństwa "Die, My Love" już od pierwszego kadru wzbudza skojarzenia z równie wisceralnym "Mother!". Usuwając z równania nachalną religijną symbolikę i proekologiczny morał, Ramsay skupia się jednak przede wszystkim na anihilacji miłości i rodzicielskich złudzeń. Tym razem to kobieta jest postacią w twórczym kryzysie – niegdyś płodna demiurżka, dziś znudzona i przebodźcowana macierzyństwem Grace (Jennifer Lawrence) stoi nad przepaścią całkowitej autodestrukcji. Gdzieś w tle majaczy jej partner Jackson (Robert Pattinson), zupełnie ślepy i głuchy na wszelkie sygnały rozsadzającego ich związek kryzysu.
Przeprowadzka do starego, opuszczonego domu, nad którym unosi się jeszcze zbolała dusza poprzedniego właściciela-samobójcy, brzmi jak idealna sceneria dla kina grozy. Jeśli miałabym jednak nazwać "Die, My Love" horrorem to jedynie horrorem wczesnego macierzyństwa i poporodowej izolacji, z którą, często w ukryciu, zmagają się setki tysięcy kobiet. Grace nie nawiedzają żadne duchy, a szczęśliwe przebłyski z jej poprzedniego życia z Jacksonem – pełnego buntu, spontaniczności i bezwstydnej bliskości. Brudne tapety, brzęczące muchy i biegające po domu szczury łączą się w pejzaż ich przelotnej, przedrodzicielskiej utopii. W punkrockowej, eksplozywnej ekspozycji filmu do mikrofonu drze się wniebogłosy sama Ramsay, a spleceni w ognistym uścisku Lawrence i Pattinson wiją się dziko na podłodze niczym pierwsi kochankowie pod słońcem. Chwila ta trwa zdecydowanie zbyt krótko, zupełnie jak miłosne zauroczenie, kiedy to serce bije jak stukot rozszalałych koni, a w brzuchu bulgocze stado głodnych motyli. "Die, My Love" właśnie wtedy odsłania swoje oblicze jako niezwykle liryczna apoteoza twórczej oraz seksualnej wolności i zarazem elegia dla gasnących namiętności.
Ramsay z
rozedrganych nerwów bohaterki i jej obezwładniającej tęsknoty za
przeszłością tworzy swego rodzaju magiczny portal. Ten prowadzi prosto do
pulsującej od bodźców głowy kobiety, której wszyscy dookoła próbują nadać
łatkę niezrównoważonej, szalonej lub emocjonalnej. Im więcej nieproszonych
rad i diagnoz dostaje, w tym większą popada psychozę. Grace to bohaterka
iście ramsayowska, a więc tragiczna, głęboko wyalienowania i stopniowo
tracąca łączność z otaczającym ją światem. Jak sama powtarza, problem nie
leży w spoczywającym w jej ramionach dziecku – "On jest idealny, po prostu
wszystko inne takie nie jest" – a w narastającej presji spełniania
oczekiwań innych. Realizm codzienności matki spektakularnie zderza się tu
z surrealistycznymi wizjami chorego i osamotnionego umysłu.
Grana przez Lawrence postać
wydaje się niemal reinkarnacją małego, buszującego w zbożu Jamesa z "Nazwij
to snem", który swoje traumy i
pokiereszowaną przez los duszę koił ucieczką w świat nieposkromionej
wyobraźni. Tam, gdzie trudno rozróżnić prawdę od metafory, Jennifer zamienia
się na ekranie w gotową do ataku drapieżnicę. W zasługującej na laury
niezwykle fizycznej i rozdzierającej wnętrze roli, Amerykanka przypomina
nam o swoim talencie, charyzmie i aktorskiej gibkości, zaskakując
canneńską widownię swoim hipermaniakalnym "ja". Zaburzenia afektywne
dwubiegunowe, z którymi mierzy się literacki pierwowzór Grace, twórczynie
pozostawiają jedynie w sferze domysłu, pokazując rzeczywistość głównie
oczami szukającej wyzwolenia i choć krzty ulgi kobiety. Oko kamery przez
pierwszą połowę filmu niemal zapomina o występującym u boku Lawrence Robercie
Pattinsonie, który serwuje nam zaledwie
cząstkę pamiętnej ekspresji z "Mickey
17".
Nietrudno porównać Lawrence do Adjani w
"Opętaniu”, Adams w
"Nocnej
suce" czy Byrne w
"If
I Had Legs I'd Kick You". We wszystkich
tych filmach figura matki ma w sobie coś niesłychanie pierwotnego i
zwierzęcego, a grające w nich aktorki przeobrażają się w dzikie i
nieokiełznane istoty. Ramsay przekornie
rozprawia się z przekonaniem o powinowactwie kobiety i jej seksualności z
naturą, pozwalając Grace ulec swoim pierwotnym instynktom. Twórczyni "Musimy
porozmawiać o Kevinie" znów pokazuje, że
nie istnieje jeden niezawodny przepis na bycie dobrym rodzicem, tak samo,
jak i nie ma jednego podręcznikowego obrazu połogu czy depresji
poporodowej. Co ważne, szkocka filmowczyni idzie dalej niż Marielle
Heller czy Mary
Bronstein, zgłębiając w "Die,
My Love" upadek partnerstwa, w którym
nigdy nie istniała wspólna przestrzeń na rozmowę i wsparcie. Choć Jackson
to postać zaledwie poboczna, całkiem bezbarwna i zagubiona (po prostu "wychillowany
gość" z memów), nie jest wcale przesądzone, że to również czarny
charakter. Ramsay, Walsh i Birch nie
próbują przekonać nas, że w związku bohaterów zawiniła tylko jedna osoba.
Miłość, choć spina krótki opis filmu niczym klamra, wcale nie wystarczy,
by uratować to, co stracone. "Love Will Tear Us Apart" – wymownie
wybrzmiewa w finale piosenka Joy
Division
DARIA SIENKIEWICZ - FILMWEB