Dyskusyjny Klub Filmowy Powiększenie




 


 

 

REPERTUAR DKF „POWIĘKSZENIE” KWIECIEŃ 2026 R.


 

Lp.

TYTUŁ

DATA

GODZ.

CZAS

1

DALEJ JAZDA 2”

13.04.2026

19.00

103 MIN

2

KOPNĘŁABYM CIĘ, GDYBYM MOGŁA”

20.04.2026

19.00

113 MIN

3

BEZ WYJŚCIA”

27.04.2026

19.00

139 MIN


 

DALEJ JAZDA 2”

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria - Mariusz Kuczewski

Scenariusz - Mariusz Kuczewski, Marcin Baczyński

Zdjęcia - Jakub Jakielaszek

Muzyka - Paweł Skorupka

Montaż - Marcin Konarzewski

Scenografia - Alicja Antoszczyk

Kostiumy - Kornelia Dzikowska

Dźwięk - Łukasz Ziółek

Małgorzata Rożniatowska - Elżbieta Gugulak

Marian Opania - Józef Gugulak

Mariusz Drężek - Andrzej Gugulak

Anita Sokołowska - Barbara Gugulak

Julia Wieniawa-Narkiewicz - Justyna Gugulak

Bartłomiej Firlet - Sebastian Czapka

Wiktor Zborowski - Antoni Kryska

Maria Winiarska - Danusia Kowalik

Cezary Pazura - Proboszcz

O FILMIE

Józiek i Ela, czyli stare dobre małżeństwo, powracają w drugiej części "Dalej jazda" aby… wziąć ślub! Przygotowania do uroczystości przeradzają się w serię zabawnych i zaskakujących wydarzeń - od zaginionej panny młodej, wzruszającej podróży w rodzinne strony, aż po spotkanie, dzięki któremu Antoni Kryska ma szansę na miłość życia. W tle Andrzej próbuje ratować swoje małżeństwo z Basią, a Sebuś stara się oświadczyć Justynce. Cała historia prowadzi do wzruszającego finału, w którym miłość, rodzina i przyjaźń okazują się ważniejsze, niż wszystkie przeciwności.

W pierwszej części stary Gugulak mówi, że mu się życie z flakami pomyliło. I najwyraźniej tak samo było z twórcami tej komedii dla seniorów, których dzieło oferowało zgrane dowcipy niepierwszej świeżości, stetryczałą nudę przewidywalnej fabuły i cieplutki odorek komercyjnej sztampy. I gdy po kontynuacji można było spodziewać się tych samych flaków, na dodatek odgrzewanych, niespodziewanie twórcy zmienili menu. Tym razem bohaterowie raczej popijają cappuccino, dobrze wysmażoną jajecznice na boczku i hummus. I – co kluczowe – nikt już nie sili się na żadne gastronomiczne porównania wątpliwej jakości. 

"Dalej jazda 2" to rzadki przykład tego, że twórcy potrafią wyciągać wnioski i naprawić błędy. Podczas gdy pierwsza część wyglądała jak skok na portfele seniorów metodą "na bilet kinowy", druga faktycznie potrafi rozśmieszyć, wzruszyć i przynieść pocieszenie, że aż rzeczywiście chce się zakrzyknąć: "dalej, jazda!". I nawet młodzieniaszek na sali kinowej może poczuć ciężar lat swojego życia i zamruczeć pod nosem: "ech, kiedyś to było!". Innymi słowy – całkiem niespodzianie tym razem film potrafi dać to, co zdaje się obiecywać: familijną rozrywkę dla startujących w życie, tych w kryzysie wieku średniego i zabierających się za podsumowania. I każdy będzie zadowolony – jeśli tylko szuka w kinie odrobinę lekkości, czułości i słońca. W sam raz na mroźne, zimowe wieczory. 

Poprzednio wszystkie napędzające (a raczej skutecznie hamujące) akcję konflikty brały się w zasadzie znikąd – zwyczajnie nie przekonywały, bo można było je rozwiązać w pięć minut. Ale tym razem punkt wyjścia jest znacznie ciekawszy, a nawet autentycznie kreatywny. Okazuje się bowiem, że cierpiąca na zaawansowaną chorobę Alzheimera Elżunia zamarzyła, by stanąć jeszcze na ślubnym kobiercu. Co prawda z Józkiem ślub mają, ale tylko cywilny, bo kobieta była już wtedy w zaawansowanej ciąży i nie w głowie im było fatygować się do kościoła. Problem w tym, że jej wybranek stoi jedną nogą w trumnie – choruje na nowotwór i planuje raczej stypę niż wesele. Ale miłość – jak to mówią – bywa silniejsza niż śmierć, więc kostucha musi swą kosę na chwilę odłożyć. 
Ale gdzie tu konflikt, gdy wszyscy chcą tego samego? No właśnie nigdzie – i bardzo dobrze, zważywszy, jak szło jego tworzenie w poprzedniej części. Najwyraźniej twórcy zrozumieli, że ich największą siłą wcale nie jest budowanie skomplikowanej dramaturgii, ale raczej celebrowanie chwil i sympatycznych bohaterów z ich codziennymi rozterkami – prawie jak z telewizyjnego tasiemca. Film operuje raczej scenami niż większymi sekwencjami. W pamięć zapada bardzo zabawny fragment, kiedy syn Józka i Elżbiety – Andrzej – zastaje rano w domu zamiast żony grupę robotników wynajętych do remontu. Albo gdy jadący do ukochanej elektrycznym wózeczkiem (w tym wątku wyczuwam hołd złożony samemu 
Davidowi Lynchowi i jego "Prostej historii"!) Antonii ładuje swój wehikuł z dwoma sympatycznymi pijaczkami pod wiejskim spożywczakiem. Bo same historie, których są częścią – traktujące o braku czasu dla siebie w długoletnim związku czy zauroczeniu głosem atrakcyjnej radiowej spikerki – albo bywają zanadto wydumane, albo przeciwnie, nieco zbyt banalne, by mogły nas uwieść. 
Dlatego "
Dalej jazda 2" najlepiej sprawdza się jako bezpretensjonalna i ciepła komedyjka. Humoru jest w tej części znacznie więcej niż w pierwszej, na dodatek jest on bardziej różnorodny. Wtedy brał się głównie z faktu, że staruszkom jeszcze coś się w życiu chce, a ich nadopiekuńczy syn im tego zakazuje. Albo z niby śmiesznych powiedzonek – jak to o życiu i flakach. A tym razem postawiono na lekkie dialogi i charakterystycznych aktorów, którzy pojawiają się w epizodach idealnie skrojonych pod swoje emploi. I tak, Sebastian Stankiewicz gra sympatycznego budowlańca, który raczy się hummusem – zamiast żony Andrzeja. Cezary Pazura nie chce dać Józkowi rozgrzeszenia i wciąż wytyka mu dawne grzeszki. A największe zaskoczenie przynosi obecność samego Bohdana Łazuki, który gra… radiowy dżingiel i wywiązuje się z zadania znakomicie! 

To prawda, że snute historyjki są naiwne i banalne – szczególnie te poboczne bazują na wielokrotnie sprawdzonych schematach. To prawda, że to kino bezpieczne i przesłodzone. Tylko co z tego, skoro przy tym wszystkim faktycznie bawi, wzrusza i rozpala w sercach ciepełko – a nie jest to proste, gdy korzysta się z tak starych rozwiązań. Jak widać, może stare one i są, ale najwyraźniej całkiem jeszcze jare. 

MICHAŁ PIEPIÓRKA – FILMWEB

KOPNĘŁABYM CIĘ, GDYBYM MOGŁA”

Złote Globy 2026

Najlepsza aktorka w komedii lub musicalu Rose Byrne

Berlinale 2025

Srebrny Niedźwiedź 

Najlepsza rola pierwszoplanowa Rose Byrne

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria - Mary Bronstein

Scenariusz - Mary Bronstein

Zdjęcia - Christopher Messina

Montaż - Lucian Johnston

Scenografia - Carmen Navis

Dźwięk - Ruy García,

Chris Navarro, Jeffrey Roy,

Filipe Messeder

Rose ByrneLinda

A$AP RockyJames

Conan O'BrienTerapeuta

Danielle MacdonaldCaroline

Ivy WolkDiana

Daniel ZolghadriStephen

Josh Pais - Brad

O FILMIE

Jeśli wydaje ci się, że świat się na ciebie uwziął, nie nadążasz i masz za dużo na głowie, pamiętaj: inni mają gorzej. Linda balansuje na krawędzi między obowiązkiem a wyczerpaniem, między dającą poczucie kontroli rutyną a chaosem. Jej córka wymaga stałej opieki, mąż jest nieobecny, praca dobija, a sufit dosłownie wali się na głowę. Terapeuta przewraca oczami, instytucje piętrzą przeszkody… Wir codziennych zdarzeń przeradza się w nieokiełznany, egzystencjalny koszmar. Nic dziwnego, że gdyby tylko mogła i znalazła na to czas, skopałaby wszystkich i wszystko w bezsilnej wściekłości.

Mary Bronstein już swoim debiutem dała się poznać jako reżyserka charakterna, z własnym pomysłem na kino. Nie inaczej jest w przypadku jej nowego dziecka. "If I Had Legs I'd Kick You" to rozpieszczająca formalnie duszna opowieść o macierzyństwie, powolnej utracie kontroli, rozczarowaniu rzeczywistością i mechanizmach kompensacyjnych mających teoretycznie przynieść ulgę, w praktyce jednak tylko opóźniających zapłon tykającej bomby.  
Już pierwsze ujęcia filmu zwiastują narracyjną ucztę. Kamera 
Christophera Messiny wycelowana zostaje prosto w główną bohaterkę, Lindę (Rose Byrne). Kobieta bierze udział w sesji terapeutycznej wraz ze swoją córką (Delaney Quinn) i uparcie zaprzecza jej słowom, jakoby była smutna. Dziecko, mimo że gra tu kluczową rolę, niemal przez cały czas znajduje się poza naszym polem widzenia. Dzięki temu dostajemy soczystą wiwisekcję postaci Lindy. Kobieta podróżuje po mapie tych samych dni, uwięziona w rzeczywistości, której nie zamawiała, zmagając się z nieokreśloną, metaboliczną lub psychosomatyczną chorobą córki. Przypadłość uniemożliwia jej jedzenie, a co za tym idzie, przybieranie na wadze – i zmusza dziewczynkę do przyjmowania pokarmów dojelitowo za pomocą specjalnej tuby i mieszanin odżywczych. Poza kadrem – i życiem bohaterek – znajduje się także pracujący jako pilot mąż i ojciec (Christian Slater). Linda pozostaje zatem przez większość czasu sama ze swoimi problemami. Za wątpliwą towarzyszkę życia będzie miała tylko wielką, powstałą w wyniku pęknięcia rury dziurę w suficie, która wyznaczy dalszy kierunek akcji. Zdekonstruowana bezpieczna przestrzeń domu nie tylko wymusi na rodzinie tymczasową przeprowadzkę do motelu, ale też sprowokuje kobietę do konfrontacji z jej obecnym życiem. 

Narastający z każdą sceną rozpad rzeczywistości potęgują niekorzystne wyniki badań dziewczynki i coraz bardziej realna wizja rozszerzenia leczenia – cokolwiek miałoby to oznaczać. W Lindzie budzi to jedynie kolejne pokłady lęku. W pracy, poradni zdrowia psychicznego, nie jest lepiej. Kolega po fachu i superwizor Lindy (
Conan O'Brien) traci powoli do niej cierpliwość. Mozaika klientów także nie poprawia sytuacji: Caroline (Danielle Macdonald), świeżo upieczona i nieco przewrażliwiona na punkcie swojej nowej roli matka, wydzwania do niej po nocach; Stephen (Daniel Zolghadri) przelewa na nią uczucia, opowiadając o swoich sennych marzeniach i żądając uwagi, a Kate (Ella Beatty), typowa przedstawicielka pokolenia Z, żyje głównie sprawami mediów społecznościowych i influencerów, coraz częściej budząc w swojej terapeutce irytację. Na domiar złego ekipie remontowej nie pali się, żeby załatać nieszczęsny uszczerbek w konstrukcji domu. Świat dociska naszą bohaterkę z każdej strony i nie zanosi się na to, żeby miał zamiar przestać.
Film 
Bronstein wpisuje się w nurt dekonstruowania mitu macierzyństwa, zrywa z postrzeganiem go wyłącznie w kategoriach wyczekiwanego spełnienia. Choroba układu pokarmowego latorośli nie jest tutaj przecież przypadkowa. Jedzenie, zgodnie z piramidą Maslowa, stanowi podstawową potrzebę fizjologiczną, bez której niemożliwe jest zaspokojenie kolejnych. Pierwszym zadaniem rodzicielki jest zaś wykarmienie potomstwa. W końcu co to za matka, która nie potrafi nakarmić własnego dziecka? Lindzie bliżej jednak do Eli z "Imago" (2023) Olgi Chajdas niż bohaterek "W gorsecie" (2022) Marie Kreutzer czy "Córki" (2021) Maggie Gyllenhaal. Jej nieporadność, miejscami przeradzająca się w obojętność czy zaniedbanie, nie wynika z wyrachowania, kaprysu czy niewłaściwych decyzji życiowych, ale z przeciążenia układu. A także z poczucia winy za chorobę dziecka. Bezradność kompensowana jest natomiast tym, co najszybciej przynosi ulgę: kompulsywnym jedzeniem, alkoholem, narkotykami – słowem wszystkim, co pomaga przetrwać kolejne pięć minut, nawet za cenę narastającego każdorazowo bólu "po".  

Spędzająca kobiecie sen z powiek dziura w suficie może wydawać się zbyt dosadnym symbolem pustki, wypalenia i rezygnacji. Nowy film Bronstein broni się jednak na wielu poziomach, począwszy od miażdżącej kreacji Rose Byrne, nagrodzonej zresztą za swój występ Srebrnym Niedźwiedziem na festiwalu w Berlinie. Aktorka uprawia mistrzowski slalom między stanami emocjonalnymi, pod maską nerwowych uśmiechów chowając ból Lindy. "If I Had Legs I'd Kick You" uwodzi także stylem opowieści. Messina podąża za bohaterką krok w krok, nie spuszczając jej z oka, podobnie jak robił to Mátyás Erdély w "Schyłku dnia" (2018) László Nemesa czy Darius Khondji w "Nieoszlifowanych diamentach" (2019) Benny’ego i Josha Safdiech. Z produkcją amerykańskich braci tytuł ten łączy także klaustrofobiczny wymiar totalnej bliskości z główną postacią.  

W parze z formą idzie treść. Bronstein, niczym węgierska reżyserka Ágnes Kocsis w "Edenie" (2020), w oryginalny sposób przygląda się chorobom psychosomatycznym, wymykającym się jednoznacznym diagnozom i terapiom, a przez to bagatelizowanym przez otoczenie. Linda jest klasycznym przypadkiem depresji atypowej: zamiata pod dywan psychologiczne brudy celem "dowiezienia" – w tym przypadku – matczynych i zawodowych powinności. Film zwraca także uwagą na sytuację matek dzieci ze specjalnymi potrzebami: na emocjonalne ciężary, które dźwigać muszą codziennie, często samotnie. Przede wszystkim jednak przypomina o tym, że dopóki nie zadbamy sami o siebie, nie będziemy w stanie pomóc drugiemu człowiekowi. Przesłanie może oczywiste – ale jak podane! Bronstein jednocześnie nie rości sobie prawa do oceniania swojej bohaterki czy jej "naprawiania". Pokazuje jedynie ludzki wymiar codziennych zmagań, z których ciężaru często nie zdajemy sobie sprawy. 

AGNIESZKA PILACIŃSKA - FILMWEB

BEZ WYJŚCIA”


 

MFF w Toronto 2025

Międzynarodowa Nagroda Publiczności -  Chan-wook Park

REALIZACJA

OBSADA

Reżyseria - Chan-wook Park

Scenariusz - Chan-wook Park, Kyoung-mi Lee, Don McKellar, Jahye Lee

Zdjęcia - Woo-hyung Kim

Muzyka - Young-wuk Cho

Montaż - Sang-Beom Kim,

Ho-bin Kim

Scenografia - Seong-hie Ryu

Kostiumy - Sang-kyung Cho

Dźwięk - Bock-Nam Ahn, Eunjung Kim

Byung-hun Lee - Man-soo Yoo

Ye-jin Son - Mi-ri

Hee-soon Park - Seon-chool Choi

Sung-min Lee - Beom-mo Goo

Hye-ran Yeom - Żona Beom-mo Goo

Seung-won Cha - Si-jo Go

Yeon-seok Yoo - Jin-ho Oh


 


 

O FILMIE:

Man-su (gwiazda "Squid Game", Lee Byung-Hun) prowadzi idealne życie: stabilne zatrudnienie, rodzina, dom, dwa golden retrievery. Ale wystarczy jeden dzień, by sielanka zmieniła się w horror. Man-su traci pracę w fabryce papieru, a z nią status, męskość, tożsamość, honor i sens życia. By je odzyskać, nie cofnie się przed niczym, szczególnie że mokra robota przynosi tyle samo satysfakcji, co ta papierkowa.

Ile razy po rozmowie o pracę zdarzyło ci się usłyszeć słowa „ma pan/i idealne kwalifikacje, ale niestety wybraliśmy innego kandydata?”. Mi zdecydowanie za często i jeśli mam być szczera – jestem tym już nieco zmęczona. Jak dobrze, że w Bez wyjścia Park Chan-wook podsuwa w takich przypadkach idealne, choć nieco radykalne rozwiązanie. Ale w końcu czasami naprawdę nie ma innego wyboru….

Krytyka neoliberalizmu i wyliczanie absurdów, do których doprowadza ludzi drapieżny kapitalizm to niemal narodowe dziedzictwo koreańskich filmowców. Nic dziwnego – w końcu, na przełomie lat 90. i 00., gdy na ekrany kin wchodziły debiuty fabularne nowofalowców, niewidzialna ręka wolnego rynku szalała w najlepsze, a na świeżo wprowadzone świadczenia emerytalne trzeba było sobie zapracować od podstaw. Nie mówiąc o tym, że zbudowane na wątłych fundamentach nadzieje wkrótce i tak roztrzaskał azjatycki kryzys finansowy.

Trudno powiedzieć, aby dwadzieścia lat później koreańskiemu społeczeństwu żyło się diametralnie lepiej. Dziś zamiast ekonomicznej zapaści straszy przede wszystkim kryzys demograficzny, choć na horyzoncie majaczy kolejny wielki przeciwnik – redukcja etatów i automatyzacja pracy w dobie AI. Wniosek? o posadę nadal trudno, a jednym z największych lęków jest ją stracić. Zwłaszcza będąc głową rodziny – tak, jak główny bohater Bez wyjścia. W twórczości Parka Chan-wooka ostatnich paru lat mogliśmy dostrzec pewne odejście od groteski i gatunkowego ekscesu w stronę neo-noirowych, wysmakowanych wizualnie kryminałów (Podejrzana), także w anturażu historycznym (Służąca). W Bez wyjścia – filmowej adaptacji powieści Donalda E. Westlake’a Ostre cięcia – miłość i przemoc ponownie splatają się w nieśmiertelnym uścisku, przywodząc na myśl mrok i nihilizm kultowej Trylogii Zemsty. Tym razem reżysera nie interesują już dłużej mechanizmy odwetu; jego uwagę przyciągają natomiast patologie współczesnego rynku pracy oraz napędzane przez patriarchat, nieosiągalne wzorce męskości.

Późne lato. O zbliżającej się wielkimi krokami jesieni przypominają jedynie wirujące w powietrzu płatki przekwitającego drzewa wiśni. You Man-su urządza z rodziną grilla – w ramach nagrody od nowych właścicieli firmy, w której pracuje otrzymał węgorza, którego z uśmiechem na ustach smaży domownikom. Nasz protagonista to bez dwóch zdań mężczyzna spełniony; posiada wszak wszystkie atrybuty udanego życia: kierownicze stanowisko w firmie papierniczej, atrakcyjną żonę, dwójkę zdolnych dzieci, dom z ogrodem i dwa piękne golden retrievery. Jednak podkręcona saturacja barw nadaje tej scenie nuty fałszu – promienie słońca kłują w oczy, a odgłosy przyrody zdają się nienaturalnie wyostrzone i głośne, sugerując, że owa krucha idylla w każdej chwili może się rozpaść. I tak się w istocie dzieje. Wkrótce na skutek przejęcia firmy przez zagraniczny kapitał You Man-su traci dotychczasową posadę. Jak sam kwituje – po dwudziestu pięciu latach pracy zostaje mu dwadzieścia pięć minut na zabranie swoich rzeczy. Jednak w oczach mężczyzny, który przez lata pełnił rolę żywiciela rodziny i samodzielnego gwaranta jej dobrobytu, utrata stanowiska nie jest jedynie odcięciem źródła dochodu. To przede wszystkim plama na honorze, a zarazem podważenie samego fundamentu jego dotychczasowej tożsamości. Nasz bohater nie daje się jednak złamać i stawia sobie ambitny cel – znalezienie nowej pracy w zawodzie w ciągu trzech miesięcy. Jednak, gdy po ponad roku wciąż wykłada towar na półkach supermarketu, telefon nadal milczy, a rodzinie zaczyna zagrażać sprzedaż domu, mężczyzna decyduje się sięgnąć po bardziej niekonwencjonalne środki i pójść po trupach do celu.

Biorąc pod uwagę to, jakie koreańskie dzieła kultury ostatnich lat przebiły się do międzynarodowego mainstreamu – z Parasite i serialem Squid Game na czele – złośliwcy mogliby zarzucić Chan-wookowi żerowanie na sprawdzonych tropach. Jednak w odróżnieniu od utytułowanego obrazu Bong Jon-hoo, w Bez wyjścia deterministyczna walka o byt rozgrywa się horyzontalnie – co paradoksalnie czyni ją jeszcze bardziej dramatyczną. You Man-su nie próbuje wspinać się po szczeblach drabiny klasowej; chce jedynie utrzymać się na powierzchni. Jednak zachowanie statusu quo wymaga od niego zwrócenia się przeciwko ludziom o bliźniaczej pozycji społecznej, co on: ojcom i mężom; doświadczonym specjalistom, zmiażdżonym przez system, któremu poświęcili całe zawodoweI właśnie w tej bratobójczej walce kryje się klucz do emocjonalnego ciężaru filmu. Reżyser świadomie odchodzi od prostych dychotomii – biedni kontra bogaci, dobrzy kontra źli. Żadne z posunięć Man-su nie odbywa bez rozterek – w każdym z przeciwników dostrzega lustrzane odbicie siebie. Jeden z mężczyzn z bezsilności popada w alkoholizm, drugiemu rozpada się związek, inny utknął w pracy poniżej swoich kwalifikacji. W świecie Bez wyjścia nie ma jednoznacznych wrogów, więc też nigdy nie nadchodzi katharsis. Jak w zamkniętym kręgu, cały cykl się powtarza. 

Jednakże najnowszy obraz Chan-wooka, poza błyskotliwą satyrą na rzeczywistość późnego kapitalizmu, pozostaje także wnikliwym studium toksycznej męskiej ambicji i postępującego rozpadu tkanki rodzinnej. Duża w tym zasługa kreacji aktorskiej Lee Byung-huna (znanego m. in. ze Strefy Bezpieczeństwa, Ujrzałem Diabła czy Squid Game), który z właściwą dozą ekspresyjności oddaje szaleństwo mężczyzny, uwięzionego w piekiełku, którym sam stworzył. Ostatecznie krwawe poszukiwania pracy w życiu nie osiągnęłyby takiej skali, gdyby główny bohater choćby dopuścił do siebie możliwość przekwalifikowania. W roli wyjątkowo sprawczej partnerki wtóruje mu Son Ye-ji, dowodząc przy tym, że jej aktorskie zdolności daleko wykraczają poza dotychczasowe doświadczenie z k-dram. Mimo ciężaru poruszanej tematyki, Chan-wook umiejętnie miesza rejestry, co sprawia, że pod kątem gatunkowym filmowi najbliżej jest do czarnej komedii. Humorystycznym lejtmotywem, regularnie powracającym w toku akcji są choćby wideo-calle od żony głównego bohatera, które odbiera – praktycznie zawsze – w samym środku brudnej roboty. Nie mówiąc o  całym wachlarzu zmyślnych, papierniczych metafor, wśród których porównanie  „bezużyteczny jak makulatura” to zaledwie szczyt góry lodowej. Innym, cynicznym mrugnięciem oka w kierunku widza są również analogowe sposoby działania Man-su. Nietrudno dostrzec w tym aluzję do współczesnego trendu życia offline i zdystansowania od internetowej rzeczywistości, który akurat w tym przypadku – umożliwia zatarcie cyfrowego śladu po występkach bohatera. Warstwa formalna również stoi na najwyższym poziomie – co w przypadku twórcy znanego ze swojej technicznej precyzji nie powinno nas szczególnie dziwić. Nie brakuje tu zarówno kreatywnych chwytów montażowych, gry oświetleniem jak i przemyślanego wykorzystania warstwy audialnej w celu na przemian budowania dyskomfortu i ironii sytuacyjnej (pewna scena rozgrywająca się w akompaniamencie popowej piosenki na pełen regulator zostanie ze mną chyba na zawsze). Podziw budzi także bogata symbolika, ale to temat zdecydowanie zasługujący na osobną analizę.

Bez wyjścia to żywy dowód na to, że mimo ugruntowanej renomy, Park Chan-wook bynajmniej nie spoczywa na laurach. Wręcz przeciwnie – z każdym kolejnym projektem wspina się na artystyczne wyżyny, wnosząc powiew świeżości nawet w obszary tematyczne, które wydawałyby się kulturowo wyeksploatowane. A przy tym, pozostaje być może jedynym żyjącym twórcą, któremu pod tym względem można po prostu zaufać.

Wiele gorzkich słów można by za to napisać o potraktowaniu filmu przez tegoroczny sezon nagród, a zwłaszcza skandalicznym pozbawieniu nominacji do Oscara – o braku wyróżnień w Wenecji nie wspominając (po seansie można tylko kręcić głową z niedowierzaniem jakim cudem nagroda za Najlepszą Reżyserię trafiła do twórcy Smashing Machine…). Jednak odkładając na bok gratyfikację zachodnich festiwali, Bez wyjścia to w dalszym ciągu obraz nietuzinkowy, angażujący i szalenie aktualny. 

NATALIA SAŃKO – FILMAWKA.PL