REPERTUAR DKF „POWIĘKSZENIE” CZERWIEC 2026
|
Lp. |
TYTUŁ |
DATA |
GODZ. |
CZAS |
|
1 |
„CZY MNIE SŁYCHAĆ?” |
01.06.2026 |
19.30 |
124 MIN |
|
2 |
„DLA DOBRA ADAMA” |
08.06.2026 |
19.00 |
78 MIN |
|
3 |
„DOBRA SIOSTRA” |
15.06.2026 |
19.00 |
96 MIN |
|
4 |
„NIEDZIELE” |
22.06.2026 |
19.00 |
115 MIN |
|
5 |
„WYSOKIE I NISKIE TONY” |
29.06.2026 |
19.00 |
103 MIN |
„CZY MNIE SŁYCHAĆ?”
|
REALIZACJA |
OBSADA |
Reżyseria - Bradley CooperScenariusz - Will Arnett, Mark Chappell, Bradley CooperZdjęcia - Matthew LibatiqueMuzyka - James NewberryMontaż - Charlie GreeneScenografia - Kevin ThompsonKostiumy - Gali NoyDźwięk - Dane A. Davis, Dean A. Zupancic, Tom Ozanich, Steven Morrow |
Will Arnett - Alex Novak Laura Dern - Tess Novak Andra Day - Christine Bradley Cooper - Balls Blake Kane - Felix Calvin Knegten - Jude Scott Icenogle - Geoffrey |
O FILMIE
Gdy małżeństwo Alexa się rozpada, próbuje on radzić sobie z rozwodem i wiekiem średnim, szukając nowego celu w komediowej scenie Nowego Yorku. Byli partnerzy muszą znaleźć sposób na wspólne wychowywanie dwóch synów i odnalezienie swoich tożsamości.
Czy mnie słychać? to trzeci reżyserski projekt Bradleya Coopera i pierwszy, który przeszedł bez większego echa. A szkoda, bo jest to film bardzo interesujący…
Jestem fanem Bradleya Coopera w roli reżysera. Jego Narodziny gwiazdy były energicznym, poruszającym, znakomicie zainscenizowanym odświeżeniem klasyka. Chociaż Cooper nie łamał schematów, to ogrywał je fantastycznie, nie popełniając żadnych błędów, wykazując się nietypową dla debiutanta wrażliwością i precyzją. Maestro był już, niestety, mniej udany, głównie ze względu na niedopracowany, poszatkowany scenariusz. Reżyserko Cooper nadal potrafił zaskoczyć, szczególnie swoimi estetycznymi i formalnymi zabawami, udanym cytowaniem klasyki kina i ponownie imponującą inscenizacją scen koncertowych. Sama historia i narracja były już jednak bardziej skomplikowane niż za pierwszym razem i rozmiar tej opowieści zwyczajnie przygniótł Coopera, co szczególnie było widać w decyzjach montażowych.
Obawiałem się, że wraz z trzecim projektem gwiazdor Snajpera będzie chciał dalej podnosić sobie poprzeczkę, mierząc jeszcze wyżej. W końcu tak zazwyczaj wyglądają kariery amerykańskich reżyserów, w skali i ambicji pragną za każdym razem przebić siebie samych. Zamiast tego Bradley Cooper zrobił kilka kroków wstecz. Wrócił do podstaw: kameralnego dramatu o relacji dwójki ludzi, bez wielkich scen, mnóstwa wątków i dziesiątek drugoplanowych bohaterów. Czy mnie słychać? ma w sobie więcej charakterystycznych cech filmu debiutanckiego niż Narodziny gwiazdy. Jednocześnie nie ulega wątpliwości, że jest dziełem twórcy już w dużej mierze uformowanego i dojrzałego.
Cooper w swym trzecim filmie przygląda się małżeństwu na skraju rozpadu. To tradycyjna relacja, jakich w kinie mnóstwo. Dwójka teoretycznie spełnionych ludzi, wzór związku dla przyjaciół i znajomych. Cudowne dzieci. Długi staż. Coś jednak przestaje grać. To, co jest, przestaje wystarczać. Bohaterowie decydują się rozstać i na nowo przebudować swoje życia.
Scenarzyści (jest ich trójka: Cooper, Will Arnett i Mark Chappell) wychodzą z dobrze nam znanego punktu, ale na każdym etapie historii potrafią zaskoczyć przewrotnością i subtelnym wywróceniem schematów. Niczym dużym, nieco innym rozłożeniem akcentów to tu, to tam, które nadaje całej historii zaskakującej świeżości. W momentach, w których jesteśmy pewni, że wiemy co dana postać powie, ta zaskakuje nas ripostą. Gdy zakładamy, że dane wydarzenie doprowadzi do konfrontacji, w zamian otrzymujemy scenę empatycznej, pełnej wzajemnego szacunku rozmowy. To proste, czasem perfidne igranie z widzem, które działa!
Nie ma tu też przesadnego dramatyzmu. Czy mnie słychać? jest filmem lekkim, pogodnym, celebrującym życie i miłość w jej różnych odsłonach. Nie oznacza to, że jest historią naiwną. Wręcz przeciwnie. Co jakiś czas zadaje naprawdę celne pytania dotyczące natury małżeństwa, czasem zdaje się nawet iść na przekór powszechnym przekonaniom i przychylać się do stwierdzenia, że rozstanie i życie samemu bywa najlepszym wyjściem. Jednocześnie twórcy nigdy nie dają odpowiedzi na pytania, które stawiają. Unikają tego do takiego stopnia, że pewne tropy są porzucane za szybko i niektórym wątkom brakuje pogłębienia. Finalnie jest to jednak naprawdę bardzo dobry scenariusz. Zakończenie filmu, chociaż jest najbardziej przewidywalnym jego elementem, zapewnia nawet tak rzadkie ostatnio uczucie oczyszczenia i emocjonalnego odświeżenia. Trochę w stylu klasycznych amerykańskich komedii, jedynie bez ich infantylności i humoru (Czy mnie słychać? zasadniczo komedią nie jest), za to z sercem po tej samej stronie i równie czystymi, szczerymi intencjami.
Świetnie też wypada wykorzystanie stand-upu, nowej zajawki głównego bohatera. Obawiałem się, że autorzy scenariusza postawią na własną wariację występów, w końcu kto oparłby się pokusie błyśnięcia erudycją i komediowym drygiem. Okazuje się, że nie! Występy bohaterów są napisane niezwykle dobrze, w duchu prawdziwego stand-upu, z zachowaniem charakterystycznej mieszanki lekkości i dyskomfortu jaki zawsze towarzyszy ich słuchaniu. Stand-up pełni tu zresztą rolę autoterapii dla postaci Willa Arnetta i jest to prowadzone świetnie. Zwłaszcza, że protagonista nigdy nie staje się szczególnie dobry w tej robocie, a śmiech widza jest raczej efektem szczerego rozczulenia połączonego z odrobiną zażenowania. Nie ma w tym nic złego, tak wygląda amatorski stand-up i Cooper z ekipą absolutnie przed tym nie uciekają.
Formalnie film jest równie świetny. Reżyser tym razem nie ma okazji pochwalić się tym, jak dobrze inscenizuje sceny zbiorowe. Tutaj kamera non-stop zostaje przy aktorach. Oglądamy ich na zbliżeniach lub półzbliżeniach. Ujęcia są długie, montaż bardzo rzadko ingeruje w występy. Najciekawszym rozwiązaniem jest bardzo częste umiejscowienie kamery z boku twarzy aktora. Przez większość czasu widzimy bohaterów pod tym kątem, co daje interesujący efekt intymności połączonej z niedopowiedzeniem.
Wszystkie występy aktorskie są bardzo dobre i warte uwagi. Will Arnett tak dobry nie był od lat. Laura Dern dawno nie była tak interesująca. To rola ewidentnie napisana nie dla niej, ale aktorka podjęła rękawicę i wybrnęła z tego wyzwania koncertowo. Trzeba też oddać Cooperowi sporo dystansu do siebie za drugoplanową rolę, w której obsadził sam siebie. Jeśli seans jest jeszcze przed wami, nie będę wam zabierał niespodzianki.
Czy mnie słychać? nie jest może przełomem w karierze Coopera, ale jest dowodem, że to zdolny, dojrzały i samoświadomy twórca, który przy odpowiednim scenariuszu potrafi udźwignąć emocjonalne, intymne historie i nie potrzebuje fajerwerków ani realizacyjnych, efekciarskich popisów, by poruszyć widza. Nie mogę się doczekać jego kolejnego filmu.
JAKUB MARCINIAK - IMMERSJA
„DLA DOBRA ADAMA”
|
REALIZACJA |
OBSADA |
Reżyseria - Laura WandelScenariusz - Laura WandelZdjęcia - Frédéric NoirhommeMontaż - Nicolas RumplKostiumy - Khadija ZeggaïDźwięk - Gert Janssen,Mathieu Cox, David Vranken |
Léa Drucker – LucyAnamaria Vartolomei - RebeccaAlex Descas - NaïmJules Delsart - AdamLaurent Capelluto - DanielTimur Magomedgadzhiev - AndreïCharlotte De Bruyne - Selma |
O FILMIE
Lucy pracuje w szpitalu na oddziale pediatrycznym, gdzie brakuje personelu. Pod jej opiekę zostaje oddany 4-letni Adam, który trafił do szpitala z powodu niedożywienia. Pojawia się jednak problem – . pomimo wydanego sądownego nakazu, dziecka w szpitalu nie chce zostawić jego matka, Rebeka. Dla dobra Adama Lucy zrobi wszystko, co w jej mocy, aby pomóc zarówno dziecku, jak i matce.
Nic nie wywołuje takiego społecznego oburzenia, niezrozumienia i
pragnienia zemsty jak cierpienie dzieci. Najbardziej fundamentalne ludzkie
instynkty nakazują opiekować się kolejnym pokoleniem i bronić je przed
zagrożeniami. Między tą utopijną sytuacją idealnej opieki a celową
przemocą znajduje się olbrzymia szara strefa życia, przypadków,
okoliczności i niewydolności jednostek – niezależnie od ich nawet
najczystszych pobudek. To właśnie ta przestrzeń znajduje się w centrum
zainteresowania Laury
Wandel,
twórczyni głośnego "Placu
zabaw"
(2021). Po wiwisekcji dziecięcej perspektywy na rówieśniczą przemoc w
szkole podstawowej w "Dla
dobra Adama"
reżyserka kieruje oko kamery na rodziców i mające (przynajmniej w teorii)
wspierać ich instytucje.
Belgijka kontynuuje swój kinowy marsz przez miejsca zaufania publicznego.
Po podstawówce przychodzi czas na szpital, a dokładnie oddział
pediatryczny, na którym pracuje pielęgniarka Lucy (Léa
Drucker).
Nie wiemy, od jakiego czasu kobieta opiekuje się czteroletnim Adamem i
kontaktuje z jego matką, Rebeccą (Anamaria
Vartolomei).
Gdy znikają początkowe plansze producentów, widz z miejsca zostaje
wrzucony w toczącą się od tygodni, miesięcy czy lat sytuację – kosmos
uczuć, intencji i wspomnień, do którego wnętrza nie sposób dotrzeć. Można
jedynie z boku spróbować sklejać poszczególne strzępki informacji. "Jak
wyjaśniałyśmy, martwimy się o Adama" – mówi lekarka coraz bardziej
zlęknionej Rebecce. Tłumaczy, że chłopiec odmawia jedzenia bez obecności
matki, w związku z czym sąd uchylił częściowo zakaz przebywania kobiety na
oddziale i zezwolił na dwie godzinne wizyty dziennie – w porach
obiadowych. Lucy, która właśnie weszła do sali, może się tylko milcząco
zastanawiać, czy to możliwe, żeby ta drobna, trzęsąca się i kurczowo
przytulona do pierworodnego dziewczyna o kruczoczarnych włosach celowo
głodziła syna, o którego – jak się zdaje – teraz tak bardzo się martwi.
Postanawia jej pomóc.
"Dla
dobra Adama"
nie jest wszakże dramatem sądowym ani medycznym, w którym napięcie
wynikałoby z dochodzenia do prawdy lub ideowego zaangażowania w walkę
dobrych protagonistów ze złym światem. To opowieść o bezsilności wobec
bezdusznych standardów biurokratycznej rzeczywistości, która nie pozwala
lecz zapomnieć o systemowej konieczności owej częściowej obojętności. Lucy,
działając dla dobra dziecka, nagina coraz więcej zasad – od szpitalnych
regulaminów po przepisy prawa. Tym samym nie tylko poświęca czas kosztem
innych pacjentów (pracowników medycznych jest wszak zawsze za mało), ale
także naraża siebie, placówkę i samego podopiecznego, jeśli okaże się, że
pomyliła się w swojej ocenie sytuacji.
Te filozoficzno-moralne rozważania zyskują na sile dzięki formie filmu –
zdyscyplinowanej konstrukcyjnie, a zarazem rozdygotanej w ramach
poszczególnych scen. W ledwie siedemdziesięciopięciominutowym metrażu,
podobnie jak na dyżurze, nie ma miejsca zarówno na nudę i mitrężenie
czasu, jak i na przesadną egzaltację czy widowiskowość. Każdy dialog i
spotkanie dokłada kolejną cegiełkę do węzła zaciskającego się tak wokół
Adama, jak i całego systemu ochrony nieletnich. To wszystko znajduje wyraz
w znakomitych zdjęciach Frédérica
Noirhomme.
Sięgnął on po rozwiązania i stylistykę dokumentu, a wręcz telewizyjnej
relacji, jeszcze głębiej niż Judith
Kaufmann w
nagrodzonej Złotą Żabą "Bohaterce".
Zamiast wymyślnej gry cieni ekran zalewają zimne szpitalne błękity i
biele, zaś w miejsce długich, szczegółowo rozrysowanych ujęć i szwenków
pojawia się trzęsąca się kamera, która kurczowo trzyma się twarzy
bohaterów, chwilami wręcz tracąc ostrość. W ten sposób powstaje iluzja
nagłości wydarzeń, tak jakby obiektyw – przedłużenie oka widza – sam nie
wiedział, co się za chwilę wydarzy, i bał się przegapić jakąś reakcję czy
gest. Wszystko poza pierwszoplanowymi postaciami jest rozmazane, poza
punktem skupienia – oddział to wszak chaos i nieskończoność równoległych
historii takich jak ta Adama; aby pojąć cokolwiek, nie wolno dać się
rozkojarzyć.
Przyjęty język wizualny pozwala dojść do głosu świetnemu aktorstwu – od
kruchego i zagubionego Julesa
Delsarta,
który stanowi kolejny przykład talentu reżyserki do prowadzenia ekranowych
dzieci, przez zniecierpliwionego Laurenta
Capelluto w
roli szefa oddziału, po Claire
Bodson jako
impregnowaną na cierpienie podopiecznych pracownicę społeczną. Prawdziwy
koncert dają niemniej dwie główne bohaterki. Doświadczona Léa
Drucker jako
Lucy jest tyleż silna i zdeterminowana, co poruszona i zdesperowana w
swojej misji, a przy tym ani na moment nie traci opanowania. Po drugiej
stronie mamy Anamarię
Vartolomei,
która przypomina, że jej zapadająca w pamięć kreacja w "Zdarzyło
się"
nie była wypadkiem przy pracy.
Podczas ubiegłorocznego festiwalu w Cannes "Dla
dobra Adama"
otwierało Tydzień Krytyki, zaś nagrodę za scenariusz w konkursie głównym
otrzymali producenci filmu i mentorzy Laury
Wandel –
bracia Dardenne.
Nestorzy belgijskiego kina społecznego w swoim najnowszym dziele malują
idylliczny wręcz portret wzorcowo działającej instytucji, co znajduje
odbicie w meandrycznej, polifonicznej i dygresyjnej formie. Stawiając te
dwa tworzone równolegle dzieła obok siebie, trudno nie zauważyć, że
stanowią one antypody kina zaangażowanego. Łączy je jednak humanizm,
świadomość bliskości ludzkich dramatów i – przede wszystkim – nadzieja.
Warto ją mieć, zwłaszcza udając się do szpitala.
MARCIN PRYMAS – FILMWEB
„DOBRA SIOSTRA”
|
REALIZACJA |
OBSADA |
Reżyseria - Sarah Miro FischerScenariusz - Sarah Miro Fischer, Agnes MaagaardZdjęcia - Selma von Polheim GravesenMuzyka - Francesco Lo GiudiceMontaż - Elena WeiheScenografia - Alina DunkerKostiumy - Polina ShpazhnikovaDźwięk- Lorenz Fischer, Alex Feldman, Jakob Mäsel |
Marie Bloching – RoseAnton Weil – SamuelProschat Madani – LindaLaura Balzer – ElisaJane Chirwa – Lia
Giamo Röwekamp
- Noam
|
O FILMIE
Po burzliwym zakończeniu związku Rose postanawia wprowadzić się do swojego starszego brata Samuela. Ich oparta na bliskości oraz wzajemnym wsparciu relacja wystawiona jednak zostaje na poważną próbę. Bohaterka doznaje szoku, gdy pewnego dnia odbiera list z wezwaniem do złożenia zeznań w bardzo niepokojącej sprawie. Jej przedmiotem jest oskarżenie o gwałt, jakiego Samuel miał się dopuścić na innej kobiecie. Świat młodej bohaterki w jednej chwili staje na głowie.
Dobra siostra to niemiecki dramat poruszający bardzo ważny problem z innej perspektywy. Festiwalowe kino udowadnia, że w filmach wciąż jest miejsce na świeże pomysły, nieograne rozwiązania i dużo kreatywności. Dobra siostra to historia dość zaskakująca. Gdy filmy poruszają tematykę napaści na tle seksualnym, w centrum zazwyczaj znajduje się ofiara. W tym przypadku fikcyjna opowieść scenarzysty skupia się na siostrze sprawcy, która ma zeznawać jako świadek. To buduje niezwykle intrygujący dylemat moralny, dobrze podkreślony przez bliskość rodzeństwa. W takiej sytuacji oczywiste jest, że kobieta nie dopuszcza do siebie myśli o winie brata. On przecież nie mógł czegoś takiego zrobić. Ta historia wchodzi w to głębiej, starając się przedstawić hipotetyczną sytuację racjonalnie i wiarygodnie (także emocjonalnie). Sprawca jest tu pokazany w centrum, a ofiara pojawia się jedynie epizodycznie. To nie jest ani lekceważenie wagi czynu, ani wybielanie oprawcy. To raczej próba ukazania z ludzkiej perspektywy sytuacji, w której ktoś podejmuje złą decyzję. Dowiadujemy się też, jakie są tego konsekwencje.
Początkowo film zostawia widza w niepewności. Czy bohater na pewno jest winny? To również pokazuje zupełnie inną sytuację niż ta, w której napastnikiem jest socjopata czy psychopata. Sami reaguje jak człowiek – nie ma nawet świadomości tego, co zrobił. Ma za to wyrzuty sumienia. To interesujący obraz postaci, która pod wpływem alkoholu podjęła decyzję mającą konsekwencje dla wielu osób. Jest nawet przejmujący moment, gdy mężczyzna znajduje się w całkowitej emocjonalnej rozsypce – takiego spojrzenia kino zazwyczaj unika. Nietypowe, ale poruszające. Jednak końcowy twist zmienia wiele i buduje osobliwą perspektywę na ludzką naturę – jej przewrotność i niejednoznaczność. To jednak nie jest historia o sprawcy, ale o jego tytułowej siostrze. Bliska relacja rodzeństwa, chęć pomocy ze strony dziewczyny i świadomość, która wszystko zmienia. Kluczowa staje się scena przesłuchania, w której bohaterka kłamie. Ten dylemat moralny jest interesujący, ale zabrakło silniejszych emocji i większego autentyzmu. Kobieta podejmuje tak dziwne decyzje, że trudno je zrozumieć – wzbudzają jedynie konsternację. Nie pokazują osoby, której życie zostaje przewrócone do góry nogami, a raczej kogoś z nierozpoznanymi problemami psychicznymi. Trudno z nią sympatyzować, bo jej zachowanie nie ma jasnego uzasadnienia ani wyraźnego celu. Nie ma to znaczenia dla fabuły czy dalszego rozwoju postaci – a to psuje wrażenie, bo wybija widza tak wyraźnie, że trudno wrócić do tej historii.
Dobra siostra miała potencjał na coś wybitnie niekonwencjonalnego. Nadal pozostaje dramatem interesującym, z ważną i nietypową perspektywą. Poważną tematykę można pokazywać z innej strony – bez utraty jej wagi, znaczenia czy emocjonalnego wydźwięku. Twist z końca, z udziałem Samiego i decyzją jego siostry, dobrze domyka całość, ale w zbyt wielu momentach podjęto decyzje, które osłabiają siłę przekazu i pozbawiają historię ciężaru, który miała nieść. Nieźle, ale rozczarowująco – bo początkowo zapowiadało się na coś znacznie więcej.
ADAM SIENNICA – NA EKRANIE
„NIEDZIELE”
Złota Muszla - Najlepszy film Alauda Ruiz de Azúa
Najlepszy film
Najlepsza aktorka - Patricia López Arnaiz
Najlepszy reżyser - Alauda Ruiz de Azúa
Najlepsza aktorka drugoplanowa - Nagore Aranburu
Najlepszy scenariusz oryginalny - Alauda Ruiz de Azúa
|
REALIZACJA |
OBSADA |
|
Reżyseria - Alauda Ruiz de Azúa Scenariusz - Alauda Ruiz de Azúa Zdjęcia - Bet Rourich Montaż - Andrés Gil Scenografia - Zaloa Ziluaga Kostiumy - Ana Martínez Fesser Dźwięk - Mayte Cabrera, |
Blanca Soroa – AinaraPatricia López Arnaiz – MaiteMiguel Garcés – IñakiJuan Minujín – PabloMabel Rivera - María DoloresNagore Aranburu - Matka przełożonaIrina Robledo Espinosa - NereaNora Careaga Iglesias - Eider |
O FILMIE:
"Niedziele" opowiadają historię Ainary, nastolatki stojącej na progu dorosłości, która odkrywa w sobie głębokie powołanie religijne. Decyzja o wstąpieniu do zakonu wywołuje gwałtowną reakcję najbliższych i rozpoczyna serię rodzinnych napięć. W tle pojawiają się konflikty pokoleniowe, rodzinne nieporozumienia, nieprzepracowane traumy, konsekwencje dawnych decyzji i potrzeba miłości, która często pozostaje niewyrażona. Ainara, balansująca między duchowością a codziennymi emocjonalnymi pęknięciami, musi zmierzyć się z próbą bycia "inną" niż oczekuje tego otoczenie i jej najbliżsi.
"Niedziele" nie przez przypadek wygrały festiwal w San Sebastián. To subtelna opowieść o dorastaniu, tolerancji i odwadze pójścia pod prąd oczekiwaniom otoczenia. Żałuję, że nie znam twórczości reżyserki Alaudy Ruiz de Azúa, która w 2023 roku została nagrodzona Goyą za najlepszy debiut "Pięć małych wilczków". Na Netfliksie jest dostępna jej komedia romantyczna "Miłość od pierwszego pocałunku", której obejrzenie zapisałem sobie na liście. "Niedziele" mogłyby mieć podtytuł "Miłość od pierwszej modlitwy". Jest to bowiem opowieść o powołaniu. W literalnym rozumieniu tego słowa. A więc kino stricte religijne? Nie, bo sama reżyserka deklaruje się jako ateistka i podkreśla, że katolicka kultura zawsze była dla niej obca i tajemnicza. Wygląda na to, że ta tajemnica mocno ją przyciągnęła, bo "Niedziele" są jednym z najciekawszych europejskich filmów ostatnich lat, dotykających w poważny sposób duchowości. Film opowiada historię Ainary (Blanca Soroa), uzdolnionej muzycznie nastolatki, która wraz z dwiema młodszymi siostrami jest wychowywana przez samotnego ojca Inakiego (Miguel Garcés). Ainara z pozoru jest zwyczajną nastolatką. Imprezy z rówieśnikami, pierwsze pocałunki z chłopakiem i plany związane ze studiami. Tyle że te plany są układane nie przez nią, a przez jej rodzinę. Ainara twierdzi, że ma wyjątkową więź z Bogiem i najlepiej czuje się u sióstr betanek, do których regularnie jeździ na krótkie wizyty. W końcu oznajmia, że chce zamieszkać w zakonie w celu rozeznania swojego powołania. Ojciec ma wątpliwości, ale decyzję zostawia córce. Inną postawę przyjmuje ukochana ciotka Ainary, Maite (Patricia López Arnaiz), która w zakamuflowany sposób chce odciągnąć bratanice od decyzji, podejrzewając, że niebezpiecznie przystojny ksiądz katecheta i zakonnice manipulują dziewczyną.
Alauda Ruiz de Azúa nie ma misji ewangelizacyjnych, więc jej film nie przypomina patetycznych religijnych czytanek. Reżyserka i scenarzystka przypatruje się decyzji, której, jako ateistka, może nie rozumieć. Jednocześnie chce spojrzeć na nią oczami dziewczyny, słyszącej od każdego, że nie może decydować o swoim losie. Tym razem jest to decyzja o poświęceniu życia Bogu, ale schemat odmawiania kobiecie prawa do decyzji jest uniwersalny. "Niedziele" to film o szukaniu tożsamości i dojrzewaniu, ale przede wszystkim jest to opowieść o walce o prawo do pójścia pod prąd oczekiwaniom społecznym i rodzinnym. "Niedziele" to również film bardzo kobiecy. Opowiada o kobietach i robi to z kobiecej perspektywy. Mężczyźni są tutaj wycofanymi statystami, co w maczystowskiej hiszpańskiej kulturze jest przecież czymś prowokacyjnym. Inaki zmaga się z problemami finansowymi i do końca nie wiemy, czy jego bierna postawa wobec wyboru córki nie ma związku z brakiem pieniędzy na studia. Natomiast partner Maite, Pablo (Juan Minujín) jest wycięty z podręczników tacierzyństwa. To on zajmuje się ich kilkuletnim dzieckiem, podczas, gdy Maite spełnia się jako tzw. "głowa rodziny". W pewnym momencie podskórna i subtelna walka toczy się między progresywną ciotką Maitę, będącą uosobieniem współczesnego feminizmu, i matką przełożoną betanek (Nagore Aranburu). Maita uważa, że bratanica jest za młoda na podjęcie decyzji o wyborze życia konsekrowanego. Ciekawe czy w innych kwestiach również by odmawiała kończącej za chwilę 18 lat dziewczynie prawa do decydowania o sobie? Z drugiej strony widzimy emanującą spokojem i duchową harmonią matkę przełożoną, która oddaje prawo do decyzji dziewczynie, o ile sama dokona duchowego rozeznania. To ciekawe odwrócenie wektorów. Przedstawicielka kościoła daje wolność wyboru, zaś co rusz podkreślająca swoje przywiązanie do tolerancji i wolności feministka szuka sposobu, by Ainarę odciągnąć od podjęcia szokującej dla niej decyzji. Istotne jest to, że reżyserka wcale nie opowiada się po jednej ze stron. Nie demonizuje i nie uświęca ostatecznej decyzji dziewczyny oraz jej ciotki. Ona po prostu pokazuje los młodej kobiety, która chce mieć prawo do własnej drogi życiowej. Nawet jeżeli jest ona sprzeczna ze wszystkim, co modne w laickim i przepełnionym materializmem świecie. Gdyby szła do klasztoru w Tybecie kontrowersje byłyby mniejsze, prawda? Ona jednak wybiera drogę, która jest niemodna i "przestarzała", co czyni ją awangardową. A więc kino o buncie?
ŁUKASZ ADAMSKI – INTERIA FILM
„WYSOKIE I NISKIE TONY”
|
REALIZACJA |
OBSADA |
Reżyseria - Emmanuel CourcolScenariusz - Emmanuel Courcol, Irène MuscariMontaż - Guerric CatalaDźwięk - Pascal Armant, Sandy Notarianni, Niels Barletta |
Benjamin Lavernhe - Thibaut DesormeauxPierre Lottin - Jimmy LecocqSarah Suco – SabrinaJacques Bonnaffé - Gilbert WoszniakClémence Massart-Weit – ClaudineAnne Loiret – ClaireMathilde Courcol-Rozès – RoseYvon Martin – AnthonyIsabelle Zanotti – Charlène
Nicolas Ducron
- Yannick
|
O FILMIE
Światowej sławy dyrygent Thibaut odkrywa, że ma brata – skromnego puzonistę Jimmy'ego. Łączy ich tylko muzyka, ale to wystarczy, by zbliżyć ich do siebie. Wysokie i niskie tony to film z gatunku „feel good movie”, których wszyscy raz po raz potrzebujemy, tak jak kubka kakao i puchatego kocyka w gorszy dzień. Komediodramat Wysokie i niskie tony wzrusza do łez, a przede wszystkim przypomina, że choć czasami życie brzmi niczym zgrzytliwa kakofonia, w tonach zdecydowanie niskich – najpiękniejsza muzyka dla naszych uszu to ta, którą dyktuje serce i która z serca płynie!
Wysokie i niskie tony chciałam obejrzeć z kilku powodów. Po pierwsze – dla doskonałej obsady. Kreujący postać głównego bohatera Benjamin Lavernhe (związany na stałe z Comédie-Française) to jeden z najlepszych aktorów młodego pokolenia. A po drugie – mam słabość do kina francuskiego, zwłaszcza tego, które kochają francuscy widzowie. Głęboko wierzę w to, że akurat Francuzi mają wyjątkowo dobry smak jeśli chodzi o jakość wytworów kultury masowej – zaszyty w swoim narodowym DNA… I tak właśnie jest z tym obrazem. Wysokie i niskie tony obejrzało we Francji prawie 3 miliony widzów, a na MFF w San Sebastian – film w reżyserii Emmanuel’a Courcol’a (znanego z wcześniej bardzo dobrze przyjętych „Komediantów Debiutantów”) zdobył nagrodę publiczności. Dla mnie to zawsze najistotniejsza rekomendacja.
Fabuła Wysokich i niskich tonów zawiązuje się w momencie, gdy Thibaut – dyrygent orkiestry symfonicznej o międzynarodowej sławie (w tej roli świetny Benjamin Lavernhe) dowiaduje się, że jest chory na białaczkę i pilnie potrzebuje dawcy szpiku kostnego. Największe szanse na to by przeszczep się przyjął daje mu zgoda bliskiego krewnego, z którym dzieli materiał genetyczny. Thibaut wychowany w zamożnej rodzinie z klasy średniej, od lat odnoszący sukcesy zawodowe i mieszkający na stałe w Paryżu – ma młodszą siostrę, więc to do niej jako pierwszej zgłasza się ze swoim zmartwieniem. Jednak jak wynika z badań – jej szpik nie jest zgodny z jego DNA… I tak po nitce do kłębka bohater odkrywa, że ma brata o imieniu Jimmy (bardzo dobry Pierre Lottin), z którym rozdzielono go w dzieciństwie, a który mieszka na północy Francji i zajmuje się pasjonacko muzyką w sposób skromny, z dala od wielkich scen i wysublimowanej publiczności…
Obiektywnie rzecz ujmując – to jak super sprawnie zrealizowane są Wysokie i niskie tony zasługuje na podziw i brawa. Gdybym bowiem chciała się koniecznie przyczepiać – powiedziałabym, że Emmanuel Courcol zrealizował kino, które jest oparte na sprawdzonym wielokroć, niemalże szkolnym modelu kina gatunkowego (bohaterowie, których da się lubić, obfitość dobrych intencji, wiara w człowieka; krytyka nierówności społecznych i klasowych; komedia pomyłek, szczypta rodzących się uczuć i zwycięstwo idei braterstwa i zespołowego wysiłku na rzecz większej i wspólnej sprawy).
Komediowo-dramatyczna formuła oparta na relacji między biednym a bogatym bohaterem przyniosła już wcześniej ogromny sukces filmowi Nietykalni (2011) w reżyserii Toledano i Nakache’a. Zatem historia dwóch braci rozdzielonych przy narodzinach, skazanych na dorastanie w skrajnie różnych środowiskach społecznych – skromnego proletariusza i dziecka elity – nie jest nowa.
A z kolei północ Francji, w jej kinematografii – od czasu „Jeszcze dalej niż Północ” (2008) Dany’ego Boona, wciąż uosabia symbol „prawdziwej Francji” – tej gdzie żyje klasa robotnicza, której reprezentanci to ludzi życzliwi i serdeczni przeciwstawiani nowoczesnemu cynizmowi elit zamieszkujących miasto świateł. Również tutaj film opiera się na sprawdzonych receptach. Jednakże w przypadku Wysokich i niskich tonów argumenty te są jedynie retoryką z cyklu: obiektywnie tak właśnie jest… bo kino, które chwyta za serce i powoduje, że seans filmowy jest ogromną przyjemnością – nie rządzi się tego typu zasadami! W przypadku Wysokich i niskich tonów – nie ma to żadnego znaczenia – właśnie dlatego, że film ten ogląda się bajecznie dobrze, a sprawność realizacyjna i doskonała gra aktorów sprawia, że jesteśmy nim autentycznie poruszeni i wzruszeni. A jesteśmy – także dlatego, że choć kanwa scenariusza do tego obrazu – co do zasady – nie jest niczym nowym, to już pomysł na jego poprowadzenie a i owszem. Głównie dzięki temu, że muzyka – jako taka – w gra w nim pierwsze skrzypce!
Wiemy to wszyscy (niejako podświadomie), że muzyka to język, który nie zna barier – ani społecznych, ani terytorialnych, ani finansowych. To język, który rozumie każdy i światło dla duszy każdego. I ten fakt Emmanuel Courcol w swoim najnowszym obrazie rozgrywa doskonale dobrze. Podziały na klasę i kulturę „wysoką” i „niską” – a muzyki na „elitarną” i „dla pospólstwa” to pięknie zaszyta metafora podziału świata w jakim żyją Thibaut i Jimmy. Braci dzieli niemal wszystko – poza więzami krwi i miłością do muzyki. Jak się okaże bowiem Jimmy, skromny pracownik stołówki w jednym z podupadających zakładów pracy „na zadupiu” Francji gra na puzonie w lokalnej orkiestrze marszowej. Spotkanie Jimmy’ego z Thibaut będzie więc dla każdego z nich nie tylko wyzwaniem, nacechowanym dużym napięciem, ale wzbudzi w każdym z braci szereg niełatwych pytań natury osobistej i konieczność skonfrontowania się z tym jak mogą czy raczej powinni poradzić sobie w sytuacji, w której nagle w ich dojrzałym życiu pojawia się ktoś całkowicie obcy, a jednak najbliższy…
Braterska więź nie stworzy się od razu ani bez przeszkód. Nie będzie wolna ani od zazdrości ze strony Jimmy’ego ani od frustracji po stronie Thibaut, który po raz pierwszy zazna sytuacji braku pełnej kontroli nad swoim życiem i poczucia, że jednak nie wszystko zawdzięcza wyłącznie sobie i swojemu talentowi. Wysokie i niskie tony doskonale rozgrywają wątek, który obecny jest w życiu wielu z nas, a który zawiera się w pytaniu o to – na ile to co zwykliśmy sądzić na temat naszych sukcesów jest wypadkową tego, jak świetni jesteśmy w jakiejś dziedzinie, a na ile łutu szczęścia i uśmiechu losu, którego fartowne rozdanie przypadło nam, a nie komu innemu i niekoniecznie sprawiedliwie…
Kiedy Thibaut wiedziony wdzięcznością i empatią wobec kłopotów brata przejmie rolę dyrygenta orkiestry, w której gra Jimmy, chcąc pomóc jej wygrać regionalny konkurs – Wysokie i niskie tony wkroczą także w rejestry kina obyczajowego i komediowego zarazem. A całość moim zdaniem udało się reżyserowi skomponować doskonale – tym bardziej, że wielkim „niewidocznym” bohaterem tego obrazu jest muzyka – wspaniale dobrana do jego treści i cudownie budującą klimat poszczególnych scen w filmie. Wysokie i niskie tony mówiąc o podziałach w gatunkach muzycznych starają się uzmysłowić nam ich konwencjonalność. Bo przecież sedno piękna muzyki i fascynująca różnorodność jej gatunków zasadza się dokładnie na tym jak wielki wpływ ma lub może mieć na każde życie ludzkie.
To muzyka, ta symfoniczna, wielka i wspaniała, takich gigantów jak Verdi, Mahler, Ravel, jak i ta popularna: Charles’a Aznavour’a, Johnny’ego Holliday’a, jak też swojska ludowa tworzy między ludźmi więzi, bo potrafi dokonać cudu zasypania przepaści jakie wytwarza kultura, która ją stworzyła. Oczy zaszklone ze wzruszenia przy jej słuchaniu, umiejętność szukania w niej otuchy, nadziei, piękna, dobra, rozwoju duchowego czy intelektualnego nie jest przecież zarezerwowana dla jakichś konkretnych grup społecznych. Muzyka łagodzi obyczaje i łączy.
Dzięki charyzmatycznemu duetowi aktorskiemu Benjamina Lavernhe i Pierre’a Lottin’a – Wysokie i niskie tony posiadają wszystkie cechy szlachetnego komediodramatu. Obraz ten jest wolny od tandetnego sentymentalizmu i patosu, nie stara się poczynań bohaterów tłumaczyć za pomocą taniej pop-psychologii, za to jest przepełniony czułością, delikatnym humorem, grą kontrastów osobowościowo-charakterologicznych i ma doskonałe tempo. Na tle problemów klasowych, odnalezionego braterstwa i robotniczej solidarności film Emmanuela Courcola umiejętnie omija pułapki moralizatorstwa oraz iluzorycznego happy endu, nie bojąc się sięgać również po elementy groteski.
Choć niewiele z opowiedzianych w obrazie Wysokie i niskie tony wydarzeń można uznać za w pełni realistyczne, całość tego niby to wtórnego pomysłu na scenariusz – działa z ogromnym wdziękiem, a przede wszystkim – z wewnętrzną logiką. Emmanuel Courcol mądrze wybrał tezę na jakiej zbudował swój obraz: zamiast skupiać się tym by wypunktowywać, że dorastanie w zamożnym paryskim środowisku nie prowadzi do tego samego losu co dzieciństwo spędzone w skromnych warunkach, na prowincji i z dala od instytucji kultury – pokazuje, że wobec życia i miłości podziały społeczne mogą zawsze zostać unieważnione. I za to kocham ten film jeszcze bardziej!
JOANNA ROMAN – KULTURA OSOBISTA